Szukaj na tym blogu

niedziela, 31 marca 2019

28. "Substancja" - K. Kloc-Muniak

Choć na moich półkach nie brakuje nieprzeczytanych książek, to bookatagram wciąż dostarcza mi nowych tytułów, po które warto sięgnąć.


Z początku, gdy na profilach innych widziałam pozycję o której chcę Wam dzisiaj powiedzieć, nie zwróciłam na nią jakiejś wielkiej uwagi.

Nie jestem wielką fanką thrillerów medycznych, a z takim gatunkiem mamy tu do czynienia.

I zabijcie mnie, nie pamiętam, jak to się stało, że wpadłam na profil autorki, który zaczęłam obserwować.

W końcu stwierdziłam - nie, tak być nie może. Trzeba w końcu to przeczytać, zobaczyć, o co chodzi, nad czym inni tak "pieją".


No i przeczytałam.


Przedstawiam: "Substancję".








Wydana przez Novae Res w sierpniu 2018 roku (Psst, według lubimyczytac.pl dokładnie w moje urodziny. Przypadek?)


Historia zaczyna się od trupa wypadającego z okna podczas mocno zakrapianej imprezy studenckiej.

Mocne?

Ale pomału.


Dwójka studentów śląskiego uniwersytetu medycznego, Adam i Maciej, zakłada koło naukowe, do którego z czasem dołącza jeszcze czwórka osób: Klaudia, Tomasz, Daniel i najmłodsza z nich wszystkich - Julia.

Przyświeca im szczytny cel: opracować lek nowej generacji, mający zrewolucjonizować medycynę.

Zjednoczone wysiłki studentów medycyny i biotechnologii zaczynają przynosić zaskakująco dobre skutki.
To zaś sprawia, że apetyt na sukcesy naszych młodych naukowców rośną. A razem z nim przychodzą problemy.

Lek, który wynaleźli pokazuje efekty, które mają zauważyć na życiach ich wszystkich.

Czym jest tytułowa substancja?

Kto tak na prawdę jest tu tym "złym"?

I jak potoczą się losy członków koła naukowego?


Odpowiedzi szukajcie w książce!





Jak już wcześniej wspominałam, dużo wody musiało upłynąć, nim w całości przeczytałam "Substancję".
I absolutnie nie żałuję.

Fakt, czasem nie do końca rozumiałam zachowanie bohaterów, swoją drogą całkiem dobrze zbudowanych, jednak akcja była niezwykle wartka i ciekawa.

Autorka bardzo dobitnie pokazuje, co się dzieje, gdy nasze dążenia i wręcz już chore ambicje przesłaniają nam wszystko inne.


Osobiście dość szybko domyśliłam się, co było przyczyną problemów, jakie spadły na członków koła naukowego. W żadnym wypadku nie zepsuło mi to jednak przyjemności czytania.


Do samego końca byłam zaintrygowana, jak ta cała sytuacja się rozwinie i ostatecznie skończy.

Czy byłam usatysfakcjonowana?


Zaraz po skończeniu "Substancji" owszem. Jednak nieopatrznie zerknęłam na początek chronologicznie części kolejnej, a pierwszej wydanej książki pani Klaudii, czyli "Gdybym jej uwierzył".

I moja wewnętrzna romantyczka ciut się zbuntowała.

Ale o tym cicho-sza.
Będę chciała nadrobić i tą pozycję, by mieć już spojrzenie na całość, dopiero się wypowiem.

Generalnie jednak, sama "Substancja" niewątpliwie wciąga i jak na drugą książkę autorki, moim zdaniem jest naprawdę dobra.


Napiszcie koniecznie, czy słyszeliście już o tej pozycji, a może już macie ją przeczytaną?

Zgadzacie się z moją opinią, czy nie do końca?


Czekam na Wasze komentarze i niezmiennie zapraszam Was na mój Instagram!


A już jutro kolejna, tym razem duża recenzja!


Do zobaczenia!

środa, 20 marca 2019

27. "Oczy uroczne" - M. Kisiel

Kto już jakiś czas ze mną jest ten wie, że ja Martę Kisiel uwielbiam.
Możecie u mnie znaleźć recenzję "Małe Licho i tajemnica Niebożątka", a także zbioru opowiadań "Pierwsze słowo".

A choć cykl "Nomen omen" i "Toń" bardzo lubię, moje serce całkiem skradł cykl "Dożywocie", na który składa się "Dożywocie" właśnie z opowiadaniem "Szaławiła" (to sobie zapamiętajcie), "Siła Niższa" oraz wcześniej wspomniane "Małe Licho".


Dlatego piskiem szczęścia powitałam wiadomość, że w marcu tego roku autorka ma zamiar wydać kolejną część tego ukochanego przeze mnie cyklu.


A gdy jeszcze wydawnictwo Uroboros dało mi szansę jej zrecenzowania, byłam w Siódmym Niebie!


Dlatego już nie przedłużając, przedstawiam: "Oczy uroczne".








Mówiłam, żeby zapamiętać o "Szaławile"? No właśnie.


Odzie Kręciszewskiej, lekarce z zawodu i powołania, wydaje się, że w końcu znalazła swoje miejsce na ziemi.
Po licznych perturbacjach, w końcu osiadła. Ma dającą satysfakcję pracę, własny dom, psa oraz... czorta.

Dodatkowo przyjaciela płanetnika, niezwykły dar wpadania w kłopoty oraz kryzys osobowości do zażegnania.
Nie tylko swój.

Muszę dodawać, że sama nie jest człowiekiem?

A to wszystko w czas przesilenia zimowego, który ewidentnie jest czasem złym.

Uporządkowany świat Ody porywa lawina chaosu, a demony przeszłości wyciągają po nią swe szponiaste łapy.
Wtedy jednak, pomoc przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.





Co tu dużo mówić.
Peanów na cześć Marty Kisiel ciąg dalszy!


Gdy tylko dowiedziałam się o "Oczach urocznych" już wiedziałam, że to będzie dobre.

Mając książkę już w łapkach, po kilku pierwszych stronach byłam PEWNA, że to będzie dobre.


"Oczy uroczne" to bardzo dobrze przemyślana opowieść. Autorka sprytnie miesza momenty komiczne (Bazyl moim mistrzem) z bardziej refleksyjnymi.
Humor pierwsza klasa, aż momentami głupio było mi czytać jadąc komunikacją miejską, bo co trochę musiałam powstrzymywać salwy śmiechu.

Udało jej się nawet! dać małego kuksańca autoszczepionkowcom! Czapki z głów!


O stylu nawet nie będę wspominać. To, jak pani Marta bawi się językiem i co nam prezentuje jest istnym majstersztykiem!
                   
No i nasi bohaterowie!

Poza lekarzem Krzysiem właściwie nie ma postaci, która by irytowała, denerwowała, czy w jakiś sposób negatywnie wpływała na moje uzębienie.
Wręcz przeciwnie!

Z każdą z nich ma się ochotę zapoznać i zaprzyjaźnić (szczególnie z Bazylkiem, choć już słyszę jego gderanie).

Ta książka to esencja dobrej powieści. Jest ciekawa akcja. Opisy bardzo malownicze, a dialogi naturalne.
Brak dłużyzn, zbędnych wątków...

W moim odczuciu - nie stwierdzono wad.


Tak, jak od samego początku pokochałam mieszkańców starej Lichotki (moje małe Liszko!), taką samą sympatią zapałałam do mieszkańców domku postawionego na jej gruzach.


Książkę pochłonęłam w dwa popołudnia, a skończywszy, pierwszym co mi przyszło do głowy było "Wow!".
A zaraz później: "Ale... to już? Koniec?"





Więc z całego mojego Serafińskiego serduszka Wam "Oczy uroczne" polecam, jak i inne pozycje od Marty Kisiel!



A jeśli już czytaliście, koniecznie dajcie mi znać w komentarzu, jakie Wy mieliście wrażenia!


Niezmiennie też zapraszam Was na mój Instagram!



Do zobaczenia!

poniedziałek, 11 marca 2019

26. "Wiedźma" - A. Sokalska

O tej książce już od jakiegoś czasu było głośno na bookstagramie.

Nie jedna osoba polecała, zachęcała do przeczytania.

Więc gdy tylko zobaczyłam, że jest dostępna na Legimi, nie czekałam ani chwili dłużej.

A o co chodzi?

Przedstawiam: "Wiedźmę".







Ukazała się nakładem wydawnictwa Lira w lutym tego roku, jako pierwszy tom cyklu "Opowieści z Wieloświata".

Jasna to z pozoru prosta, cicha i uboga dziewczyna. Razem z rodzicami i starszą siostrą ciężko pracuje dla pana ziem, na których mieszka.

Jest jednak coś, co sprawia, że ludzie się jej boją i unikają, choć nic nigdy złego nie zrobiła.

Dziewczynie to jednak nie wadzi, żyje spokojnie, ciesząc się swoimi "darami", których nie ma nikt inny.

Wszystko jednak niszczy ludzka żąda i zawiść, a w jedna chwila wystarczy, by dotąd spokojny świat Jasnej legł w gruzach.


Co to było

I co się dzieje, gdy od tego wydarzenia mija 500 lat?

Jak potoczą się losy Jasnej i kogo spotka na swojej drodze?
I przede wszystkim: komu może ufać?

Odsyłam do książki!





Powiem Wam, że książka mnie zaskoczyła. Fakt, że przed przeczytaniem nie sprawdzałam zbytnio opisów, jednak bardzo szybko okazała się czymś innym, niż oczekiwałam.

I to w żadnym wypadku nie było coś złego!


To, co wyglądało bardzo niepozornie przerodziło się w dobrze przemyślaną historię, której bohaterowie mają niemal wszystkie odcienie szarości.

Przyznam się, że jedna z bohaterek była dla mnie irytująca. Momentami tak bardzo, aż miałam ochotę odłożyć książę (czy też tablet, jako, że czytałam e-book). Na jej szczęście w odpowiedniej chwili poszła po rozum do głowy!

Warto jednak było zacisnąć ciut zęby i wytrwać do końca.



Wizja świata i zaświatów, jaką zaprezentowała autorka jest przyjemnie spójna i  bardzo do mnie przemawia.
Dodajmy do tego całą historia, jaką przedstawia, a która zdecydowanie rekompensuje wszystkie chwile ewentualnego wnerwienia na irytującą postać.

Również językowo jest bardzo dobrze. Historia napisana jest obrazowo i przyjemnie, czytelnikowi skutecznie udzielają się wszystkie emocje bohaterów.

Ja osobiście od samiutkiego początku pokochałam Jasną i byłam gotowa przywalić każdemu, kto był przeciwko niej.

Ah, nie mogę też zapomnieć o pewnym aniele! Jako żem Serafin, każdy z pierzastej braci jest mi bliski, a ten szczególnie mnie intryguje i mam szczerą nadzieję, że w kolejnych tomach się pojawi!



Podsumowując:


Jeśli macie ochotę na nieoczywistą i pełną żywych, choć nie zawsze żyjących postaci historię, zdecydowanie Wam "Wiedźmę" polecam!


Ja się absolutnie nie zawiodłam! I zdecydowanie czekam na kolejne części!


A może już czytaliście?
Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, co sądzicie w komentarzu!


I niezmiennie zapraszam Was na mój Instagram!


Do zobaczenia!

niedziela, 3 marca 2019

25. "Czarownice nie płoną" - J. Blackhurst

Z książką, o której dzisiaj chcę Wam opowiedzieć po raz pierwszy spotkałam na Instagramie, choć już zupełnie nie pamiętam u kogo (możliwe, że przewinęło się to na kilku kontach).

W każdym razie, tytuł dość mnie zaciekawił (no błagam, ktoś połączył czarownice i ogień! Dla mnie to już jest wystarczająca zachęta), jednak chyba miałam w tedy natłok innych rzeczy do czytania, więc ją odpuściłam.


Dopiero kiedy po jakimś czasie wpadła mi w oko podczas szybkiego wypadu po coś do jedzenia do Biedronki w przerwie od pracy, stwierdziłam: a, co mi tam!

Jednak jeszcze kilka dni minęło, nim zaczęłam ją czytać.

A o czym mowa?

Przedstawiam: "Czarownice nie płoną".






Ukazała się w Polsce w październiku nakładem wydawnictwa Albatros.

Akcja dzieje się jednocześnie z dwóch punktów widzenia.
Mamy Ellie, jedenastoletnią sierotę, która straciła swoją rodzinę w pożarze domu. Przenosi się do rodziny zastępczej w małym miasteczku o nazwie Lichota.

W tym samym czasie do owego miasta wraca po kilkunastu latach Imogen, młoda psycholog, której los również nie oszczędzał. Razem z mężem wprowadza się do odziedziczonego po zmarłej matce domu.

Czy kobieta poradzi sobie z duchami swojej przeszłości?
Czy uda jej się uniknąć już raz popełnionych błędów?
Kto stoi za całym złem, jakie spotyka Ellie?
Czy to faktycznie ona jest niebezpieczna?

Przekonajcie się sami!



Powiem Wam, że pierwszą połowę czytało mi się bardzo ciężko.

I nie, nie chodzi o to, że książka jest źle napisana, bynajmniej! Tylko treść, jaką ze sobą niesie jest tak naładowana emocjami, że momentami musiałam robić sobie przerwy.

Zwłaszcza, że sporo z nich bardzo dobrze sama znałam.
Naprawdę współczułam tej małej sierotce, której cały świat się zawalił, a ludzie zamiast jakoś jej pomóc to jeszcze wszystko pogarszali.


Później było tylko lepiej! Intrygi, mylne tropy, niejasności... oj czego tam nie było!

I zakończenie, które totalnie mnie rozbroiło. Już wtedy zupełnie nie wiedziałam, co mam myśleć i kto jest kim.

Autorka wodzi czytelnika za nos, podsuwając co rusz nowe spojrzenie na całą sprawę, a koniec końców i tak kończy się z wielkim "Ale o co chodzi?" w głowie.

Akcja toczy się ogólnie bardzo wartko, a Ellie niemal od razu zaskarbia sobie moją sympatię. To jest ten przypadek w książce, kiedy ma się wrażenie, że dzieci  są mądrzejsze niż dorośli.

Ogólnie "Czarownice nie płoną" zostawia nas z niedosytem, ale takim przyjemnym.
Nie dłuży się, wciąga, a emocje bohaterów udzielają się niesamowicie!

Sądzę, że mogę polecić, choć domyślam się, że mimo wszystko nie każdemu może ta pozycja podejść.

Warto jednak spróbować i nie zrażać się!


A może już czytaliście "Czarownice nie płoną"? Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, co sądzicie!

I standardowo, zapraszam na mój Instagram!


Do zobaczenia!