Szukaj na tym blogu

niedziela, 3 marca 2019

25. "Czarownice nie płoną" - J. Blackhurst

Z książką, o której dzisiaj chcę Wam opowiedzieć po raz pierwszy spotkałam na Instagramie, choć już zupełnie nie pamiętam u kogo (możliwe, że przewinęło się to na kilku kontach).

W każdym razie, tytuł dość mnie zaciekawił (no błagam, ktoś połączył czarownice i ogień! Dla mnie to już jest wystarczająca zachęta), jednak chyba miałam w tedy natłok innych rzeczy do czytania, więc ją odpuściłam.


Dopiero kiedy po jakimś czasie wpadła mi w oko podczas szybkiego wypadu po coś do jedzenia do Biedronki w przerwie od pracy, stwierdziłam: a, co mi tam!

Jednak jeszcze kilka dni minęło, nim zaczęłam ją czytać.

A o czym mowa?

Przedstawiam: "Czarownice nie płoną".






Ukazała się w Polsce w październiku nakładem wydawnictwa Albatros.

Akcja dzieje się jednocześnie z dwóch punktów widzenia.
Mamy Ellie, jedenastoletnią sierotę, która straciła swoją rodzinę w pożarze domu. Przenosi się do rodziny zastępczej w małym miasteczku o nazwie Lichota.

W tym samym czasie do owego miasta wraca po kilkunastu latach Imogen, młoda psycholog, której los również nie oszczędzał. Razem z mężem wprowadza się do odziedziczonego po zmarłej matce domu.

Czy kobieta poradzi sobie z duchami swojej przeszłości?
Czy uda jej się uniknąć już raz popełnionych błędów?
Kto stoi za całym złem, jakie spotyka Ellie?
Czy to faktycznie ona jest niebezpieczna?

Przekonajcie się sami!



Powiem Wam, że pierwszą połowę czytało mi się bardzo ciężko.

I nie, nie chodzi o to, że książka jest źle napisana, bynajmniej! Tylko treść, jaką ze sobą niesie jest tak naładowana emocjami, że momentami musiałam robić sobie przerwy.

Zwłaszcza, że sporo z nich bardzo dobrze sama znałam.
Naprawdę współczułam tej małej sierotce, której cały świat się zawalił, a ludzie zamiast jakoś jej pomóc to jeszcze wszystko pogarszali.


Później było tylko lepiej! Intrygi, mylne tropy, niejasności... oj czego tam nie było!

I zakończenie, które totalnie mnie rozbroiło. Już wtedy zupełnie nie wiedziałam, co mam myśleć i kto jest kim.

Autorka wodzi czytelnika za nos, podsuwając co rusz nowe spojrzenie na całą sprawę, a koniec końców i tak kończy się z wielkim "Ale o co chodzi?" w głowie.

Akcja toczy się ogólnie bardzo wartko, a Ellie niemal od razu zaskarbia sobie moją sympatię. To jest ten przypadek w książce, kiedy ma się wrażenie, że dzieci  są mądrzejsze niż dorośli.

Ogólnie "Czarownice nie płoną" zostawia nas z niedosytem, ale takim przyjemnym.
Nie dłuży się, wciąga, a emocje bohaterów udzielają się niesamowicie!

Sądzę, że mogę polecić, choć domyślam się, że mimo wszystko nie każdemu może ta pozycja podejść.

Warto jednak spróbować i nie zrażać się!


A może już czytaliście "Czarownice nie płoną"? Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, co sądzicie!

I standardowo, zapraszam na mój Instagram!


Do zobaczenia!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz