Szukaj na tym blogu

piątek, 30 listopada 2018

11. "Kirke" - Madeline Miller

Któż z nas nie zna choćby podstaw mitologii greckiej?
Można wręcz odnieść wrażenie, że wiemy o niej wiele więcej niż choćby o naszej rodzimej mitologii słowiańskiej.

Czy to dobrze, czy nie - tu już nie mnie oceniać. Ja mam do tego naturalny stosunek. Jednak, kiedy najpierw koleżanka poznana na Targach książki wspomniała mi o tej książce, a potem zobaczyłam ją w... no cóż, w Biedronce, stwierdziłam, że się nie oprę.

Przedstawiam wam: "Kirke" Madeline Miller.






Wydana przez wydawnictwo Albatros w tym roku, opatrzona prześliczną okładką. Okładką, która niemal bije w oczy i krzyczy "weź mnie!" .


Postać Kirke przyznam, że do niedawna mało mnie zainteresowała. Ot, miała swój epizod i tyle. Będąc szczerą, nawet w chwili obecnej złapałam się na tym, że mało pamiętam, jak konkretnie był jej wątek opisany w "Odysei".
Shame on me.

Nie mniej, autorka proponuje nam nieco inne spojrzenie nie tylko na nią, ale i pozostałych bohaterów mitów.
Patrząc oczami Kirke poznajemy dzięki historii jej życia świat bogów. Świat, którego ona nie rozumiała.


Przyznam szczerze, że choć nie zawsze jej zachowanie było dla mnie zrozumiałe, to bardzo polubiłam Kirke. Mam z resztą wrażenie, że nie dało jej się nie polubić, autorka wykreowała ją na naprawdę budzącą sympatię postać.
Z przyjemnością słuchałam jej opowieści i współczułam tego, co zgotowała nimfie własna rodzina.
Owszem, były momenty, które ciut się dłużyły, generalnie jednak pochłaniałam losy tej czarownicy z przejęciem, będąc ciekawą, co będzie dalej.
Co jeszcze było jej pisane.

Osobiście przyznaję, że zakończenie mnie usatysfakcjonowało.

Podejście Miller do pozostałych postaci mitologicznych jest naprawdę ciekawe. Ciekawe i nieco inny, bo niektóre z nich pokazane są odmiennie, niż możemy je pamiętać.
Choćby sam Odyseusz.

Styl, jakim napisana jest książka przypomina typowy, eposowy ton mitów, złagodzony jednak nieco i wyraźnie współczesny. Bardzo przyjemnie się czytało, opisy potrafiły być niezwykle barwne i obrazowe.

Podsumowując: polecam, szczególnie gdy choć trochę interesuje was starożytna Grecja i jej mitologia. Myślę, że będziecie się dobrze bawić!

A może już jesteście po? Jeśli tak, podzielcie się swoimi wrażeniami!

Wpadajcie też na mój Instaram gdzie dzielę się książkowymi nowościami na bieżąco.

Do zobaczenia!





















sobota, 24 listopada 2018

10. "Szamanka od umarlaków" - Martyna Raduchowska

Nie trudno zauważyć, że ostatnio królują u mnie panie. Odkrywam w końcu polskie pisarki i jestem pod wrażeniem!

Po szale na Martę Kisiel i w trakcie trwania szału na Anetę Jadowską, skrycie i po cichutku do tego zacnego grona dołączyła Martyna Raduchowska.

Moi drodzy, oto "Szamanka od umarlaków"





Jak możecie pamiętać z poprzedniego wpisu, totalnie zauroczyła mnie koncepcja szamanizmu i same postacie szamanów. I choć kupując "Szamankę od umarlaków" na tegorocznych targach książki w Krakowie nie miałam pojęcia, czego oczekiwać, już za sam tytuł dostała plus.

Tytuł tytułem, ale ważniejsza jest przecież treść!
No właśnie.
Zapewne nie raz, nie dwa, złościliśmy się na swoich rodziców, dziadków, że chcą nam układać życie. Że uparcie chcą nam narzucić swoją wizję, niejednokrotnie tak bardzo różną od naszej własnej.

Z tym samym problemem boryka się Ida, młoda dziewczyna, która samą siebie określa "czarną owcą" swojej bardzo poważanej magicznej rodziny.
Rodziny, która nie może dopuścić do siebie myśli, iż w ich gronie znalazła się osóbka pragnąca życia zupełnie odmiennego, niż dla niej zaplanowali. I że ta osóbka będzie się upierała przy własnych wyborach ze wszystkich swoich sił.
Dosłownie.
Jednak panna Ida Brzezińska zupełnie widać zapomniała, że ma Pecha.
A raczej... Pech ma Idę?...

Co może wyniknąć, gdy do powyższego dodamy czarną magię, demony i dusze czasem nie do końca zmarłych?

A no, moi mili, mnóstwo humoru, dobrej akcji i wciągającej historii!

Już będąc w połowie książki zamówiłam drugą część i czekam na nią z niecierpliwością, bo zakończenie "Szamanki od umarlaków" sprawia, że chce się po nią sięgnąć w trybie natychmiastowym.
Mnie aż nosi, żeby dowiedzieć się, jaki przebieg będą miały pewne wątki i jak rozwiną się relacje między postaciami.

Przyznam, że w tym tygodniu zaczynałam chyba z cztery książki. I dopiero tej udało się wciągnąć mnie na tyle, że ją dokończyłam (reszta czeka...)

Nie powiem, były momenty, kiedy Ida ciutkę mnie irytowała, jednak szybko przestawałam się jej dziwić. I zaczynałam współczuć.

Ogólnie: serdecznie polecam, jeśli tak jak ja polubiliście Jadowską i Kisiel, tu też otrzymacie mnóstwo dobrej zabawy.

A może już czytaliście? Jeśli tak, podzielcie się swoimi wrażeniami!
Wpadajcie też na mój Instaram, tam dzielę się książkowymi nowościami na bieżąco.

Do zobaczenia!




















poniedziałek, 19 listopada 2018

9. "Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne" - Aneta Jadowska i relacja ze spotkania z autorką.

Mówiłam wam już, że uwielbiam zbiory opowiadań?

No właśnie. Dzisiaj przychodzę do was z recenzją kolejnego, tym razem napisanego przez Anetę Jadowską.

Przedstawiam wam: "Dynię i jemiołę. Nietypowe historie świąteczne."







Wydane w październiku tego roku przez Sine Qua Non.

Na tą pozycję skusiłam się na tegorocznych Krakowskich Targach Książki. Wcześniej o pani Anecie co prawda słyszałam, jednak nie udało mi się zabrać za żadną z jej książek. A jako, że tematyka opowiadań była (i właściwie nadal jest!) bardzo na czasie, stwierdziłam: a, co tam, będę miała klimatyczną, świąteczną książkę.
A nóż widelec przy okazji przekonam się do samej autorki?

Spieszę oznajmić, że moje przeczucie ani trochę mnie nie myliło.

Pani Aneta zafundowała nam pełen ciepła i humoru zbiór opowiadań z niemal wszystkimi znanymi z jej serii postaciami. Ja, dla której był to pierwszy z nimi kontakt, poczułam się jak zaproszona na kameralną prywatkę, gdzie w sympatycznej atmosferze mogę się z każdym zapoznać.

I wybrać swoich ulubieńców, ale o tym cichosza!

Zaś czytelnicy znający Anetę Jadowską dostali w tym zbiorze prezent w postaci pięknego misz-maszu ze znanymi sobie postaciami.
Zatem właściwie każdy powinien być zadowolony!

Mamy kilka opowiadań z Nikitą, w kilku pojawia się Dora Wilk, Malina Koźlak, mamy też wampira Romana, Klona no i szamana Witkacego!
Witkacego, w którym osobiście zakochałam się do tego stopnia, że zakupiłam "Szamańskie tango", którego jest głównym bohaterem (tak, wiem, to druga część, a ja nie przeczytała pierwszej, shame on me... no ale tam był Kurczaczek!).

Wracając jednak do "Dyni i jemioły".

Właściwie każde z opowiadań (z małymi wyjątkami) obraca się w tematyce świąt i okresu między Halloween a Sylwestrem, więc jest idealne, jeśli szukacie czegoś, co może pomóc wam "wejść" w klimat tego czasu w roku.
Teksty są napisane niezwykle przyjemnym i obrazowym językiem, a relacje postaci i ich dialogi potrafią momentalnie wprowadzić w dobry nastrój.

No i nie można zapomnieć o istotnym fakcie, jakim jest naprawdę piękne wydanie z równie pięknymi i niesamowitymi ilustracjami!

Połknęłam tą pozycję naprawdę szybko, plus przed 16.11 wykończyłam "Szamańskie tango" (w czym odrobinkę, ale tylko odrobinę coś mi przeszkodziło - kto odwiedza mój Instagram pewnie domyśla się, co).

No właśnie.

16.11

Okazało się bowiem, że empik organizuje trasę spotkań z Anetą Jadowską, promującą właśnie "Dynię i jemiołę". Nie mogło być bardziej pomyślnej daty, więc mając tylko możliwość, wsiadłam w ów piątek w autobus i pojechałam!

Warszawskie spotkanie odbywało się w galerii handlowej Arkadia, był to piątek, godzina 18, zatem osobiście spodziewałam się, że będzie naprawdę dużo osób.
Dlatego, nauczona też doświadczeniem po empikowym spotkaniu z Historią bez Cenzury w Krakowie, przyszłam do empiku specjalnie wcześniej, by zająć strategiczne miejsce. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że... w sumie, nie było to potrzebne.

Na spotkaniu pojawiła się zaskakująco mała liczba osób. A szkoda, bo było świetnie! Pani Aneta okazała się niesamowicie ciepłą i miłą osobą, było mnóstwo śmiechu i anegdotek związanych z "Dynią i jemiołą", ale nie tylko. Autorka chętnie odpowiadała na pytania z publiczności i rozdawała urocze kartki świąteczne!

Udało mi się też chwilkę porozmawiać z autorką oraz zdobyć autografy na obu posiadanych książkach, z uroczymi dedykacjami i pieczątkami.

Podsumowując, niezależnie, czy znacie już Anetę Jadowską, czy to będzie wasze pierwsze z nią spotkanie, "Dynia i jemioła" są naprawdę godne polecenia!


A Wy? Znacie tą autorkę? Macie jej ulubioną serię?
Piszcie w komentarzach!





niedziela, 11 listopada 2018

8."Wilcze leże" Andrzej Pilipiuk

Witajcie w ten niezwykły i tak szczególny dzień!

Jak powszechnie jest wiadomo, od 100 już lat żyjemy w wolnej i niepodległej Polsce. Chyba nie muszę mówić, jakie to bardzo, bardzo ważne.


W każdym razie, przychodzę dzisiaj do was dzisiaj (tak, wczoraj było za dużo do zrobienia i zwyczajnie zapomniałam. A może to i lepiej?) z recenzją zbioru opowiadań naprawdę dobrego, oczywiście polskiego pisarza. Jest nim nie kto inny jak...

Andrzej Pilipiuk!







"Wilcze leże" zostało wydane nakładem wydawnictwa Fabryka Słów w 2017 roku.

Tytuł, jak można się spodziewać, nie jest tu przypadkowy. Motyw wilka jest obecny w niemal każdym z opowiadań.

A czego można się spodziewać?
Potowarzyszymy Robertowi Stormowi w rozwiązaniu kilku zagadek, z których szczególnie jedna wpakuje go w duże kłopoty.
Dowiemy się, co takiego odkryje doktor Skórzewski
Poznamy też Rachelę, młodą żydówkę, sierotę próbującą uchronić się przed okrucieństwami II wojny światowej i holokaustu.


Pilipiuk już dawno zdobył moją sympatię serią o Jakubie Wędrowyczu, oraz "Wampir z M3 i M0".
Niezmiennie jestem pod wrażeniem plastyczności i obrazowości języka autora. A jego postacie są tak bardzo ludzkie!

Roberta Storma polubiłam niemal od razu, może przez to, że sama mam wykształcenie historyczne. Storm przywiódł mi na myśl Indianę Jones'a w polskim wydaniu, tylko dużo bardziej realistycznego w swoich przygodach i dokonaniach. Jego postać wydała mi się tak bardzo swojska!

Również opowiadanie o Racheli mocno zapadło mi w pamięć. Mimo, iż generalnie tematyka holokaustu i II wojny światowej nie jest moją ulubioną, to ten tekst niezwykle przypadł mi do gustu i bardzo poruszył.

Mniej co prawda zaciekawiły mnie opowiadania z doktorem Skórzewskim, jednak nadal z czystym sercem mogę polecić tą pozycję, jak i inne książki Andrzeja Pilipiuka. Nie zawiedziecie się!

Poza tym przyznam wam, że uwielbiam zbiory opowiadań. Są dużo mniej męczące i zróżnicowane niż jednorodne książki (mam nadzieję, że dobrze się wyraziłam).
Łatwo zastopować w pewnym momencie, bez obawy, że zgubi się wątek.

A jak jest u was? Lubicie pełnowymiarowe powieści, czy zbiory opowiadań?
I czy znacie Pilipiuka?

Dajcie znać i wpadajcie na mój Instagram!

Do zobaczenia!






















sobota, 3 listopada 2018

7. "The Writer" - Damian Jackowiak

Po ostatnim zawirowaniu, dzisiaj standardowo w sobotę przychodzę do Was z kolejną recenzją.

Tym razem będzie to książka z gatunku, po który nie sięgam zbyt często, a mianowicie kryminał.

Moi mili, oto "The Writer".




Wydana w tym roku przez wydawnictwo Poligraf , jest to druga książka w dorobku pana Damiana Jackowiaka (dziwnie się czuję pisząc per pan o osobie młodszej ode mnie, ale cóż) po debiucie w postaci "Tożsamości zbrodni".

Na początek trochę o fabule, która jest niewątpliwie największą zaletą książki.
Już we wstępie przedstawioną mamy krótką historię naszego głównego bohatera, Marcina Brodzirza. Pisarza, który po spektakularnym debiucie i równie spektakularnej porażce znajduje się na przysłowiowym dnie.
Pewnego dnia dostaje on jednak równie nieoczekiwaną, co budzącą niepokój propozycję: ma napisać biografię seryjnego mordercy.
Z biegiem książki widzimy, jak przestępca manipuluje pisarzem chcąc wykorzystać go, a przy okazji i kilka innych osób, do zrealizowania własnego planu.


Przyznam, że mimo iż nie jest to mój ulubiony gatunek (taaak, Larson i Lackberg też czekają na przeczytanie), to opis tej pozycji mnie zaciekawił. Głównie dlatego, że sama piszę opowiadania, więc od razu poczułam sympatię do głównego bohatera.

Przyznam, że miałam naprawdę spore oczekiwania wobec tej książki. I cóż... nie mogę niestety powiedzieć, że je spełniła. A przynajmniej nie w pełni.
Dlaczego?

Cóż, przede wszystkim: warsztat autora. Z ciężkim sercem to mówię, jednak technika wymaga jeszcze sporo do dopracowania.

Autor nie ma lekkiego pióra, więc w dużej części opisom brakuje obrazowości. Nie zawsze, są moment, kiedy faktycznie akcja wciągała, jednak były one w mniejszości.
Odniosłam w pewnym momencie wrażenie, że fabuła strasznie leci do przodu. Brakowało mi jeszcze trochę stron, by cała historia była odpowiednio rozwinięta, a wszystkie wątki odpowiednio pokazane.
Narracja przeskakuje z postaci na postać i były chwile, kiedy to wprowadzało trochę chaosu i utrudniało czytanie.

Muszę też wspomnieć o języku. Bo pomijając już momentami liczne powtórzenia, to często przeszkadzały mi przekleństwa. Mocne przekleństwa. I gdyby pojawiały się one tylko w dialogach, ok, nie czepiałabym się. Jednak kiedy weszły też do narracji to już się skrzywiłam.

Postacie. Tak, one też stanowiły mały zgrzyt. Choć niewątpliwie ciekawe, jednak... brakowało czasu by się rozwinęły, a czytelnik mógł je poznać i się z nimi zżyć.
Przyznam szczerze, że bardziej mnie one irytowały, niż im współczułam. Zwłaszcza Marcin, który sprawiał swoim zachowaniem, że zgrzytałam zębami. Choć akurat to, że jednak jakieś emocje budzą można zapisać na plus. Kwestia tylko, czy akurat miały wywoływać te konkretne.
Nie wspomnę już o mojej imienniczce, przez którą dostawałam spazmów, już w momencie przeczytania "Kasia". Choć to już moje prywatne skrzywienie.
Muszę też coś powiedzieć o głównym antagoniście. Teoretycznie było wyjaśnione, dlaczego stał się taki a nie inny, jednak... no nie przemówiło to do mnie.

Ahh! I jeszcze jedno: self insert. O Jasności słodka.
Ok, przyznaję się, że w swoich opowiadaniach też główne bohaterki wzorowałam na sobie. I przymknęłabym oko na to, że Marcin tak bardzo kojarzy mi się z panem Damianem.
Jednak był jeden fragment, który mnie zabił. I który sprawił, że niemal odłożyłam książkę bez jej dokończenia. Pozwólcie, że przytoczę:


"Mateusz spojrzał na okładkę. Była intrygująca. [...]
- Co czytasz?
- Tożsamość zbrodni, jakiś nowy autor. Całkiem niezła, [...]"


Ktoś może powiedzieć: Ej Serafin, ale czego ty się czepiasz?
I może faktycznie, jednak mi osobiście jakoś to zazgrzytało i to mocno.

Ogólnie rzecz ujmując: "The writer" miało zadatki na naprawdę fajną książkę, jednak w moim odczuciu warsztat autora nie do końca pozwolił historii odpowiednio rozkwitnąć.
Według mnie, wykorzystany został w około 50-60%.
Wydaje mi się, że gdyby poprowadzić akcję nieco spokojniej, dać więcej suspensu i miejsca na domysły, naprawdę było by to coś fajnego.

Nie chcę, by było to odebrane jako "hejt" na autora, który dopeiro zaczyna. Nie czytałam debiutu, a obie książki z tego co widziałam zbierają dobre opinie, ku mojemu zdziwieniu.
Ja jednak nie mogłam nie powiedzieć o powyższych mankamentach, które mi bardzo rzuciły się w oczy. Zwłaszcza, że po czymś, co zostało już wydane, oczekuję więcej niż po tekstach publikowanych na przykład w internecie czy nawet na łamach periodyków.

Tak, pan Damian jest młodym autorem, jak wcześniej wspomniałam, jest rok młodszy ode mnie samej, więc niejako poczułam się w obowiązku by pomóc mu się rozwijać.
On sam mi przyznał w naszej rozmowie (z czym ja się w 100% zgadzam i popieram), że z krytyka też jest potrzebna.
Mam tylko nadzieję, że moja była możliwie konstruktywna i można z niej coś wyciągnąć.

Osobiście bardzo, bardzo autorowi kibicuję, bo doskonale wiem, jak to jest. Niech dalej pisze, rozwija się ile tylko może.

A ja z chęcią sięgnę po jego kolejną książkę by się przekonać, jaki postęp zrobił.

Czytaliście coś tego autora? Macie jakieś spostrzeżenia, opinie? Piszcie w komentarzach!

I zapraszam was też na mój Instagram

Do zobaczenia!