Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 29 października 2018

6. "Pierwsze słowo" - Marta Kisiel + Krakowskie Targi Książki

Wyjątkowo witam Was w poniedziałek! 
A dlaczego? Co się zadziało? O tym już za chwilkę. Na początek jednak:


Marta Kisiel już się na moim blogu pojawiła, przy okazji premiery "Małe licho i tajemnica Niebożątka". Wtedy wspomniałam, że autorka zdecydowanie podbiła moje serce.

17 października a.d. 2018 wydawnictwo Uroboros wypuściło zbiór opowiadań pani Marty pod wdzięcznym tytułem "Pierwsze słowo".










I w tym momencie chciałam nawiązać do słów, które Marta Kisiel umieściła we wstępie "od autorki". Otóż twierdzi ona, że nie potrafi pisać opowiadań.
Mimo, że wydała ich kilka, nie potrafi.

A ja powiem: Nie prawda. No nie prawda, Alleluja! I zdania nie zmienię.

W tomie tym zostały zebrane opowiadania publikowane przez autorkę na łamach różnych periodyków. Niektóre z nich później ewoluowały w całą serię, jak "Dożywocie", a na przykład "Szaławiłę" ja miałam dołączoną do swojej edycji "Dożywocia".

Nie sposób jednoznacznie określić rodzaj tych opowiadań. Znajdziemy tam teksty humorystyczne, a wręcz komediowe, przy których uśmiejemy się do łez (rozmowa kwalifikacyjna elfa i krasnoluda... no c'mon!), jak i refleksyjne, które zmuszą nas do przemyśleń na wcale nie takie błahe tematy.
Jednak jedno opowiadanie zaskoczyło mnie mocno. Swoją nieoczywistością. Mrocznym klimatem. I zakończeniem, które sprawiło, że w głowie pojawiło mi się neonowe "W T F?".

W "Pierwszym słowie" jeszcze mocniej uwydatnia się to, o czym wspominałam już w przypadku "Małego Licha". W twórczości Marty Kisiel właściwie każdy znajdzie coś dla siebie.

Dlatego w krótkich słowach: sięgajcie!
Nie tylko po "Pierwsze słowo", ale ogólnie po utwory Marty Kisiel. Polecam!


Dodatkowo w zeszłą sobotę miałam niewątpliwą przyjemność spotkać panią Martę osobiście, zamienić kilka słów, zrobić zdjęcia i otrzymać podpis na książce.








Jak pewnie słyszeliście, w Krakowie odbywały się Targi Książki, na które oczywiście musiałam się udać.

Na moim Instagramie dodawałam relacje na bieżąco, jednak teraz nadszedł czas na całościowe podsumowanie imprezy.

Po skomplikowanym początku i trudnościach komunikacyjnych, po odczekaniu swojego w dłuuuugiej kolejce (która jednak naprawdę sprawnie się poruszała), wpadłam w objęcia raju książkoholika. 
Wystawców było sporo, ludzi także, jednak byłam na to psychicznie przygotowana. Ogólnie atmosfera tam panująca była niezwykła.
Spotkałam tyle sympatycznych i pozytywnych osób, że aż się ciepło na sercu robi. Plus, udało mi się spotkać kilka osób, które obserwuję na Instagramie!

Nie mogę tez nie wspomnieć o samych spotkaniach autorskich. Ogólnie wybór był przeogromny. Zjechało bardzo dużo autorów i osób ogólnie znanych, jednak mi osobiście najbardziej zależało na spotkaniach z Martą Kisiel i Jackiem Piekarą. Niestety, jako iż mogłam być tylko ten jeden dzień nie mogłam spotkać się  z Andrzejem Pilipiukiem, który pojawił się w niedzielę, czego bardzo żałuję.
Wracając jednak do sedna.

Spotkanie z panią Martą było bardzo miłe, jak już wcześniej wspominałam, zamieniłyśmy kilka słów, mamy fotkę, a ja uroczy autograf na książce.

Mniej więcej od godziny 14 (a weszłam koło 11) praktycznie przestałam patrzeć na książki. Brzmi dziwnie? 
Już wyjaśniam.
Między 11 a 12 (czyli od momentu wejścia na Targi do spotkania z Martą Kisiel), zdążyłam się jako-tako zorientować, co gdzie jest i co gdzie mogę dostać, jeśli chodzi o jedną z sal wystawców. Więc gdy po 12 odeszłam z miejsca spotkania, natychmiast pognałam do innych stoisk, gdzie nabyłam te oto tytuły:

- G. Masterton "Potomek"
- J. Piekara "Ja, inkwizytor. Płomień i Krzyż t. 2"
- H. Coben "Nie odpuszczaj"
- M. Raduchowska "Łzy Mai" i "Szamanka od umarlaków"
- S. Jackson "Nawiedzony dwór na wzgórzu"
- A. R. Michalak "Denar dla szczurołapa"
- A. Jadowska "Dynia i jemioła"
- M. Kurek "Draconus cracovus biomagia. Szał Wandy" 

To było zdecydowanie więcej niż wstępnie planowałam. Ale nie mogłam się powstrzymać. Z ostatnim tytułem jest też ciekawa historia, bo to książka, która właściwie miała swoje osobne stoisko. Wydała ją własnym nakładem sama pani Kurek, jest to pierwsza część cyklu. Zaintrygował mnie tytuł, po zerknięciu do treści uznałam, że może mnie zaciekawić, a poza tym, autorka była tak miłą osobą, że postanowiłam wesprzeć młodą, polską pisarkę. Choć to była zdecydowanie najdroższa książka, jaką tam zakupiłam.

Nie mniej, koło 15 byłam już książkowo obkupiona. Dlatego ustawiłam się w kolejce na spotkanie ze wspomnianym wcześniej Piekarą. I tu przyznam szczerze, nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Twórczość tego autora lubię, mimo iż obecnie czytam go mniej, jednak nie miałam pojęcia, jaki jest wobec fanów.
Chodzi mi o to, że z Martą Kisiel miałam wcześniej niejaki kontakt przez media społecznościowe, widziałam relacje z innych spotkań.
W przypadku Jacka Piekary, byłam totalnie zielona w tym temacie.

Okazało się jednak, że to bardzo sympatyczny i ciepły facet. Dziewczyna stojąca przede mną w kolejce zdobywała autograf dla koleżanki, która choć była fanką Piekary nie była w stanie pojawić się na spotkaniu. Autor oczywiście książkę podpisał, a co więcej, nagrał dla dziewczyny filmik z pozdrowieniami. Ogólnie całe spotkanie mijało w bardzo pozytywnej i fajnej atmosferze, a autor nie dość, że zaczął je w sumie przed czasem, to skończył zdecydowanie po, z tego, co później zauważyłam.

Ja sama mam podpisaną książkę i zdjęcie, oraz rozbudzoną na nowo sympatię do tego autora.





Pełna pozytywnej energii, z zapasem czasu (było koło 16, a zamierzałam być do 19, do samego końca), chodziłam jeszcze już na zupełnym luzie po jednej i drugiej hali, dokładnie parząc, co jeszcze oferują stoiska, czy czegoś wcześniej ciekawego czasem nie przeoczyłam.

I a jakże. Znalazłam stoisko z uroczymi gadżetami do książek, gdzie kupiłam klipsy i zakładki magnetyczne. Wtedy też już spokojnie dotarłam na stoisko gdzie swoje rzeczy sprzedawała pewnie niektórym już znana Kotter.
Oczywiście, że się nie powstrzymałam przed kupnem czterech zakładek papierowych i pięciu naklejek. 

Poza tym znalazłam uroczy organizer już na 2019 rok. Ogólnie opuściłam targi razem ze znajomą po 18.

To były już drugie Krakowskie Targi Książki, na których byłam. I doskonale zdawałam sobie sprawę, że dzień, w który tam będę to termin odpowiadający bardzo dużej liczbie innych osób, dlatego wcale nie dziwiły mnie i nie złościły tłumy. Owszem, czasem ciężko było przejść, ale wiedziałam, że inaczej nie będzie.
Ogólnie całe Targi oceniam naprawdę pozytywnie. Fakt, można by się było do rzeczy technicznych i organizacyjnych przyczepiać, jednak osobiście nie odczułam niczego jakoś dotkliwie, a te drobne niedogodności były rekompensowane przez spotkanych tam ludzi i rzeczy, jakie się tam działy.

W przyszłym roku na pewno też się wybiorę, o ile nic mi nie wyskoczy, jak również bardzo możliwe, że wybiorę się na takie targi do Warszawy. Ale to melodia przyszłości.

Byliście na Targach? Macie jakieś ciekawe historie? Czytaliście już "Pierwsze słowo"?

Piszcie w komentarzach i do następnego razu! 





sobota, 20 października 2018

5. ... Jesień, Zima, Wiosna... czyli (prawie)rok z Aleksandrą Tyl.

Witajcie tak niestandardowo w sobotę, która będzie od teraz nowym dniem pojawiania się recenzji!

Choć choroba mnie nie opuszcza, wpis być musi. Zwłaszcza, że będzie on dzisiaj w rozmiarze XXXL, bo opowiem wam o aż trzech książkach za jednym zamachem. Ale od początku.


W tym tygodniu zarówno skończyłam ostatnią część cyklu pani Aleksandry Tyl jak i otrzymałam nowiutką książę od Marty Kisiel, którą jak już pewnie z poprzednich wpisów wiecie, uwielbiam.
I ci, którzy obserwują mój instagram wiedzą, że zadałam wam tam pytanie: którą książkę chcecie, bym zrecenzowała najpierw.
Głosy rozłożyły się 50/50 (nie ułatwiacie mi pracy), jednak mój stan fizyczno-psychiczny nie pozwolił mi na czas skończyć "Pierwszego słowa". Jednak spokojnie, co się odwlecze, to nie uciecze.

Dzisiaj zaś zapraszam was na ponowne spotkanie z bohaterkami recenzowanego już przeze mnie  "Magicznego lata".
Jak pamiętacie z tamtego wpisu, miałam bardzo pozytywne wrażenia po jej przeczytaniu. Polubiłam główną bohaterkę, Alicję Gawędę, jej córkę Matyldę i ciotkę Józefinę, a po czasie też Dorotę, siostrę Alicji oraz jej przyjaciółkę Mariannę. No i była jeszcze Kaja. Ale, do niej przejdziemy.

Wspominałam też o tym, że zakończenie "Magicznego Lata" wprawiło mnie w lekkie rozedrganie. Dlatego, choć miałam trochę przerwy, z chęcią sięgnęłam po kolejny tom cyklu.

Drodzy Państwo, oto jesień.

"Karmelowa jesień".












Wydana przez wydawnictwo Prozami w październiku 2016 roku.

Od wydarzeń z poprzedniej książki minęło trochę czasu. Druga część zaczyna się w momencie, gdy Marianna po utracie kolejnej już bliskiej osoby zmaga się z depresją. Nie jest jednak sama, bo szybko okazuje się, że może liczyć na pomoc Alicji oraz Józefiny. Gawęda zabiera przyjaciółkę z Polanki do Warszawy, by ta mogła otrząsnąć się po tragedii, jednak sprawy szybko przybierają dość nieoczekiwany obrót.
Jaki? Zapraszam do książki!
W tej części akcja przenosi się między głównym wątkiem Marianny mającym miejsce w  gorącej Sewilli, a wątkami pobocznymi dziejącymi się w Polance i Warszawie.

I muszę przyznać, że mimo wszystko, tutaj znalazłam więcej elementów, które mi osobiście działały na uzębienie. A konkretnie postaci. Bo język i styl autorki pozostaje niezmiennie lekki, obrazowy i niezwykle przyjemny.
Ale Jasności słodka. Niektórzy bohaterowie przyprawiali mnie o chęć rzucenia książką o ścianę. Mimo to, cała sprawa, dla rozwiązania której Marianna przybywa do Sewilli i późniejsze wydarzenia skutecznie uprzyjemniają czytanie. Sama bohaterka może z pozoru wydawać się taką troszkę słodką laleczką, jednak osobiście uważam, że nie brak jej charakteru.

I znowu miałam "problem" z zakończeniem. Wprawiło mnie ono w lekki stan irytacji, jednak pamiętając, że są kolejne części nie dałam się ponieść nerwom.



I potem nastała zima.


"Anielska Zima"
















Tą część wydawnictwo Prozami wypuściło w listopadzie 2017 roku.

Tym razem akcja wraca zupełnie do Polski, a konkretnie Polanki i Warszawy. Na nowo zostaje nam pokazana sprawa Kai, dziewczyny która miała pecha do faceta i inwestycji. Gdy nastały zimowe miesiące znalazła się ona w naprawdę paskudnym położeniu, którego nic i nikt, na czele z Pawłem, od którego wynajmuje dom, nie ułatwia.
Poważne problemy finansowe i osobiste, nieprzychylni ludzie i cóż, niezbyt przyjemny charakter dziewczyny stworzyły mieszankę wybuchową.
Ale jak to mówią, czasem trzeba dotknąć dna, by się od niego odbić.

Jak Kaja wybrnie ze swoich kłopotów? I co się dzieje w życiu Alicji, Doroty i Marianny?
O tym przekonajcie się sami!

Cóż, zima nie jest moją ulubioną porą roku. A zadzierające nosa paniusie nie są typem człowieka, z którym chciałabym mieć do czynienia. Dlatego ojoj.

Z początku przechodziłam wewnętrzne katusze. Bo znowu zaznaczę - sama historia i to, jak zostało wszystko napisane jest na wielki plus.
Jednak zachowanie Kai i cóż, większości mieszkańców Polanki pojawiających się w tej części sprawiało, że mój poziom irytacji wzrastał nad limit, który jestem w stanie znieść. Jednak nadal uważam, że zdecydowanie warto było przebrnąć dalej.

Im głębiej bowiem w książkę, tym lepiej. Widać jak na dłoni przemianę zarówno Kai, jak i Pawła, dlatego później czyta się to o wiele przyjemniej i bez zaciskania zębów.

A końcówka tym razem zadziałała na moje serduszko jak słonko na lód.

Bo przecież po każdej, nawet najcięższej zimie przychodzi wiosna.



"Szalona wiosna".









Najświeższa, bo wydana przez Prozami w kwietniu tego roku.
Po czasie świąt bożego narodzenia, gdzie wszystko dla naszych bohaterów zdawało się ułożyć i wskoczyć na właściwe miejsce - przyszły kolejne kłopoty.
Dorota, nie mogąc pogodzić się z odrzuceniem i stratą pracy, postanawia coś w swoim życiu zmienić. I oj, zmienia. W życiu swoim, a po drodze jeszcze kilku osób, w tym mężczyzny o imieniu Michał. Bo kto wie, gdzie trafisz, wędrując nocą po nie za ciekawej dzielnicy miasta?
I co się może zdarzyć, gdy jest się w gorącej wodzie kąpanym, zranionym oraz wiedzionym chęcią zemsty? A przy okazji poznaje się kogoś, kto w naszej ocenie ma wręcz idealne narzędzie do przeprowadzenia odwetu?
Dorota na własnej skórze przekonuje się, jak łatwo można zaszkodzić komuś niewinnemu, oraz rewiduje trochę swój pogląd na kilka spraw. Bo czasem spojrzenie z dosłownie innego punktu widzenia potrafi szeroko otworzyć oczy.

Jakie szaleństwo wymyśliła Dorota? Co z Alicją, Marianną i Kają?
"Szalona wiosna" ma odpowiedzi na te pytania!

I tu już zdecydowanie wracamy do poziomu z "Magicznego lata". I żebym była dobrze zrozumiana. 'Jesień" i "Zima" to również dobre książki!
Jednak "Szalona wiosna" ma w sobie coś, co sprawiało, że pochłaniałam kolejne strony jak pelikan sardynki, czy inne ryby!
Zaśmiewałam się w momentach konfrontacji damsko-męskiego punktu widzenia Doroty i Michała. Naprawdę było miło im towarzyszyć, gdy poznawali się nawzajem, a dzięki temu i siebie samych lepiej.

To jest właśnie piękne w bohaterach u Aleksandry Tyl. Oni się zmieniają. Dojrzewają. Widać, jaką przez cały cykl przechodzą przemianę. Żyją. Jak to już wspominałam przy "Magicznym lecie", uważam, że każdy znajdzie coś, kogoś, z czym będzie mogła lub mógł się zidentyfikować.

Dlatego ja całym moim serafińskim sercem polecam wszystkie cztery części. Choć nie należą do cienkich książek, czyta się je naprawdę szybko i przyjemnie.


A wy? Czytaliście już którąś część?
Zapraszam zarówno do komentowania jak i na mój Instagram: Klik!


Do usłyszenia za tydzień!



czwartek, 11 października 2018

4. "Tancerze burzy" - Jay Kristoff


Czy można połączyć klimaty de facto jeszcze feudalnej Japonii z jej mitologią oraz legendami na czele, odrobinę futuryzmu, steam punk i do tego wpleść kwestie środowiskowe? I czy wyszło by z tego coś zjadliwego?
Okazuje się, że tak. Jay Kristoff podaje nam z wyżej wymienionych składników trzy dania w postaci cyklu “Wojny lotosowe”. Dzisiaj będzie o pierwszym tomie “Tancerze burzy”. Został on wydany nakładem wydawnictwa Uroboros w kwietniu tego roku.










Przyznam, że z autorami zagranicznymi mam ten problem - zwłaszcza, gdy coś mi w książce zgrzyta - że nie jestem do końca pewna, czy winić za to samego pisarza bądź pisarkę, czy bardziej tłumaczenie. Jednak muszę przyznać, że choć troszkę sceptycznie podchodziłam do tego cyklu, mimo bardzo pozytywnej recenzji, już pierwsza część mi się spodobała.


W “Tancerzach burzy” poznajemy szesnastoletnią Yukiko, jej ojca oraz dwójkę przyjaciół. Narrator wprowadza nas w świat, w którym żyją i stopniowo w miarę biegu książki objaśnia jego reguły. A jest to objaśniać.

Choć dla czytelnika ich historia zaczyna się, gdy ojciec Yukiko, będący łowczym na usługach obecnie panującego szoguna, otrzymuje zadanie schwytania stworzenia uważanego za wymarłe. Nie mogąc sprzeciwić się rozkazowi wyruszają na misję, która ma całkowicie odmienić ich życie.

W międzyczasie otrzymujemy też retrospekcje, pozwalające lepiej zrozumieć zachowania i emocje bohaterów. Są one podane w tak zgrabny sposób, że nie ma się problemu z tym by odróżnić, co jest historią główną, a co wspomnieniem.


Świat, jaki już w pierwszym tomie cyklu pokazał Jay Kristoff, jest naprawdę dopracowany, a język niezwykle obrazowy.Czytając doskonale odczuwa się tę duszną atmosferę zanieczyszczonego środowiska, oraz strach towarzyszący rządom tyranii.

Z tą książką mam tylko dwa problemy. Pierwszy to łatwość, z jaką bohaterce udaje się z niektórych, a w sumie z większości sytuacji wyjść. Mimo wszystko uważam, że jest to ciut ZA łatwo.
Drugi to bardziej może moje czepialstwo, ale są bohaterowie mający bardzo podobne imiona, przez co momentami myliło mi się, o kim w danej chwili czytam.

Ogólnie uważam, że oryginalność całego świata, jaki pokazał nam Jay Kristoff z powodzeniem wynagradza pojawiające się momentami znane już z innych książek młodzieżowych schematy: problemy z rodzicami, niezwykłość głównego bohatera i tego konsekwencje, konieczność walki z wielkim złem i jeszcze kilka innych.


Jestem jednak naprawdę ciekawa, co będzie dalej. Jak potoczą się cała ta historia, jaki los czeka Yukiko i…
Kogo? A, tego dowiedzcie się już zaglądając do “Tancerzy burzy”.

Warto!

A może już mieliście z tym cyklem do czynienia? Dajcie koniecznie znać!

I wpadajcie na mojego instagrama: klik!

Tam będziecie na bieżąco z tym, co obecnie czytam.

A już w przyszłym tygodniu recenzja nie jednej książki, a całego cyklu!

Do zobaczenia!

czwartek, 4 października 2018

3. "Dom wschodzącego słońca" Aleksandra Janusz


“There is a house in New Orleans
They call a Rising Sun…”

Dziś przedstawię wam kolejną polską autorkę, Aleksandrę Janusz, której powieść “Dom wschodzącego słońca”, wydało w kwietniu tego roku wydawnictwo Uroboros. Książka stanowi pierwszą część cyklu “Miasto magów”, kolejnego już w dorobku autorki.










Na początku historii poznajemy Eunice Wight, z pozoru zwykłą, buntującą się nastolatkę, która wychowuje się bez ojca, za to z dość nieporadną życiowo matką.
Szybko jednak okazuje się, że dziewczyna tak naprawdę daleka jest od zwykłości. A wszystko przez jedną, niepozorną grę.
Jaką?
Kogo dziewczyna poznaje dzięki grze i kim są mieszkańcy tytułowego Domu wschodzącego słońca? Jakie zagadki na nich czekają? I na czym w ogóle polega niezwykłość Eunice? Tu już zachęcam do przeczytania książki, moim zdaniem naprawdę warto!

Gdy ją skończyłam, z czystej ciekawości zerknęłam na opinie zamieszczone przez innych na lubimyczytac.pl
I jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam sporo niezbyt przychylnych ocen i komentarzy. Jasne, rozumiem, że każdy może mieć swoje zdanie i tak dalej, jednak osobiście uważam, że powieść pani Janusz wybija się spomiędzy innych młodzieżówek.

Owszem, postaci mogą być ciut przerysowane i nie upieram się przy tym, że nigdzie indziej podobnych nie znajdziemy, jednak według mnie, są one naprawdę fajnie wykreowane. Czasem wkurzają, czasem można się z nich śmiać, ale czytelnik łapie z nimi więź. Nie są mu obojętni (no może poza paroma wyjątkami, które tylko irytowały). Choć teoretycznie główną bohaterką jest właśnie Eunice, to jej przyjaciele z Domu wschodzącego słońca mają swoje pięć minut, poznajemy ich historie, których nieco mroczniejsze aspekty nie dają o sobie zapomnieć.
Bo choć starają się być dobrzy, to są pokazani w całej gamie szarości.

Akcja faktycznie mocno leci do przodu i przenosi uwagę czytelnika z jednej postaci na drugą. Czasem można się zgubić, sama tego doświadczyłam, nie przeszkadzało mi to jednak w takim stopniu, jak potrafi w innych książkach. Co więcej, akcja cały czas trzyma w napięciu. Chce się wiedzieć, co będzie dalej, jak bohaterowie wybrną z danej sytuacji. I tak, momentami można odnieść wrażenie, że radzą sobie ze wszystkim zbyt łatwo. Jednak biorąc wszystko pod uwagę, wcale to aż tak mocno nie razi.
Jedną z rzeczy, która mnie szczególnie ujęła w tej książce jest mechanika używania magii. Według mnie jest naprawdę doprecyzowana i mimo wszystko, dość oryginalnie opracowana.
Samo zakończenie też sprawia, że aż korci by sięgnąć po kolejną część, której niestety jeszcze nie ma.

No i dla mnie osobiście rzecz najważniejsza: brak wątku miłosnego! Znaczy są krótkie wzmianki o byłych z różnych powodów ukochanych trójki bohaterów, ale właśnie: wzmianki. I to było dla mnie bardzo miłe zaskoczenie.

Podsumowując: jasne, że w “Domu wschodzącego słońca” nie brakuje drobnych wad. Jednak osobiście uważam, że są one naprawdę nieznaczące i wcale nie przeszkadzają  w ogólnym odbiorze książki, która jest napisana naprawdę przyjemnym i wciągającym językiem.

Ja z pewnością będę wyczekiwać kolejnego tomu tego cyklu. A Wy? Słyszeliście już o tej autorce? Macie jakieś swoje opinie lub spostrzeżenia?

Zapraszam do komentarzy i na mój instagram: klik!

Do zobaczenia za tydzień!