Hej!
Oj kochani! Z jaką dobrocią do Was dzisiaj przychodzę!
Chyba zgodzicie się ze mną, że najgorsze dla czytelnika jest długie czekanie na kolejną część cyklu, który się polubiło.
A pamiętacie jak bardzo podobała mi się "Sub Rosa", prawda?
Oraz, że skończyła się tak a nie inaczej.
Dlatego byłam przeszczęśliwa, że kontynuację mogłam przeczytać całkiem szybko!
Jestem też szalenie dumna, że znalazłam się w gronie patronów tej książki!
Zapraszam więc na przedpremierową recenzję "Ad Astry" Anny Jurewicz!
~ *** ~
Powiem Wam jedno: to nie jest nudna książka.
Jeśli po pierwszej części macie duże oczekiwania wobec kontynuacji, to śmiem twierdzić, że spokojnie zostaną one zaspokojone.
Nie znajdziecie tam grama zbędnych opisów, niewykorzystanej przestrzeni, czy jakichkolwiek dłużyzn.
Od samego początku, od pierwszych kartek słowa utkane przez autorkę zaczynają nas oplatać, a nim się obejrzymy, będziemy już cali spętani.
Niczym włosami Róży. Przypadek?
Nie sądzę.
A ta pajęczyna fabuły nie wypuści was już do samiutkiego końca, więc nie ma nawet co walczyć.
Szkoda sił.
W moim odczuciu "Ad Astra" jest napisana z nawet większym polotem niż "Sub Rosa" (a jej przecież niczego nie brakowało!).
Wyobraźcie sobie taką mega wielką i wypasioną kolejkę górską. Taką wiecie, z gigantycznym wzniesieniami i spadkami, zakrętami o niebotycznych kątach i tak dalej. Oraz siebie w wagoniku, który ma ruszyć.
Tak.
To właśnie się będzie działo z Waszymi emocjami, zapewniam.
Będziecie przeżywać wszystko razem z bohaterami, z którymi już po pierwszej części tak bardzo się zżyliśmy.
Tylko uprzedzam.
Zarezerwujcie sobie czas, żeby nie mieć wyrzutów, jak nie odrobicie pracy domowej/nie przygotujecie się na zajęcia/nie ugotujecie obiadu/wstawić dowolny obowiązek, bo będziecie czytać!
Wiem co mówię.
Jednak warto, oj jak warto!
Wstrzymywanie oddechu czy hiperwentylacja to norma.
~ *** ~
Podsumowując, każdy kto przeczytał "Sub Rosę" niech się dowie, że choć "Ad Astra" będzie miała swoją premierę 6 stycznia, to już teraz właśnie tu można zamówić swój egzemplarz.
A kto nie czytał niech też słucha, bo można zamówić obie części!
To najlepsze Róże na prezent z dowolnej okazji!
Ja serdecznie i z całego serca polecam!
Witaj w świecie pełnym słów! Jeśli tak jak i ja kochasz książki i czytanie, z pewnością znajdziesz tu coś dla siebie. Zapraszam Cię ja - Serafin. Maniaczka czytania, książek i kotów.
Szukaj na tym blogu
czwartek, 28 listopada 2019
niedziela, 24 listopada 2019
38. Mała rzecz o debiutach - "Jeszcze jedno marzenie"
Cześć!
Jak może pamiętacie czy to z bloga , czy z Instagrama Słownego świata, już zdarzało mi się recenzować debiuty. Również osób, które znam (choćby Sub Rosa).
Debiuty mają to do siebie, że są tak cudowną niewiadomą. No i kto bardziej potrzebuje naszego (czytelników) wsparcia niż początkujący autorzy?
Dlatego choć troszkę z tym zwlekałam, po naszym małym spotkaniu na Krakowskich Targach Książki postanowiłam sięgnąć po debiut Magdy Zeist, którą możecie kojarzyć jako Maobmaze.
A oto kilka słów ode mnie o "Jeszcze jednym marzeniu".
~ * * * ~
Fabuła wydaje się prosta. Para młodych ludzi żyje spokojnie, wydaje się, że mają wszytko, czego im trzeba.
No prawie.
Gdy zdrowie jednego z nich raptownie się pogarsza, Gaja i Igor zostają zmuszeni do przemodelowania dotychczasowego postępowania i myślenia.
Wydaje się sztampowe, prawda?
Właśnie. Wydaje się. Bo im bardziej się wczytujemy, im dalej w tą historię brniemy, tym więcej ważnych rzeczy w niej dostrzegamy.
Magda w pozornie prostej i przyjemnej powieści zawarła cały pęczek istotnych tematów.
Począwszy od relacji z drugim człowiekiem, przyjaźni, związków i rodziny, przez adopcję zwierząt ze schroniska, spełnianie marzeń, życie pełnią życia, po kwestię dawstwa organów.
Trafiło to do mnie tym mocniej, że sama zmagam się z wadą serca, wrodzoną. Nie jest ona duża, więc nie mam aż takich problemów jak główny bohater, nie mniej bardzo mu współczułam.
Co prawda od strony technicznej nie jest idealnie, czuć, że jest to pierwsza książka Magdy. Jednak wiecie co?
Zupełnie mi to nie przeszkadzało.
Owszem, czasem przewracałam oczami na pewne dialogi czy zachowanie bohaterów, jednak nie zmienia to faktu, że historia wciąga. Chce się wiedzieć, co będzie dalej z Gają, Igorem i resztą bohaterów.
A już zakończenie to sztos!
Takie zagranie na nosie czytelnikom jest na jak największy plus!
Podsumowując:
Magda - serdecznie gratuluję wydania i trzymam kciuki, żeby (o ile dalej będziesz chciała pisać) to nie była ostatnia książka i by z każdą kolejną było lepiej!
Samo "Jeszcze jedno marzenie" mogę polecić. To miła, wciągająca historia, która pozwoli nam na chwilę oderwać się od naszej rzeczywistości i być może na kilka rzeczy spojrzeć w inny sposób.
Może już też czytaliście debiut Magdy?
Jeśli tak, to koniecznie znać co sądzicie!
A jeśli chcecie być ze mną na bieżąco, wpadajcie na Instagram Słownego świata!
Do zobaczenia!
Jak może pamiętacie czy to z bloga , czy z Instagrama Słownego świata, już zdarzało mi się recenzować debiuty. Również osób, które znam (choćby Sub Rosa).
Debiuty mają to do siebie, że są tak cudowną niewiadomą. No i kto bardziej potrzebuje naszego (czytelników) wsparcia niż początkujący autorzy?
Dlatego choć troszkę z tym zwlekałam, po naszym małym spotkaniu na Krakowskich Targach Książki postanowiłam sięgnąć po debiut Magdy Zeist, którą możecie kojarzyć jako Maobmaze.
A oto kilka słów ode mnie o "Jeszcze jednym marzeniu".
~ * * * ~
Fabuła wydaje się prosta. Para młodych ludzi żyje spokojnie, wydaje się, że mają wszytko, czego im trzeba.
No prawie.
Gdy zdrowie jednego z nich raptownie się pogarsza, Gaja i Igor zostają zmuszeni do przemodelowania dotychczasowego postępowania i myślenia.
Wydaje się sztampowe, prawda?
Właśnie. Wydaje się. Bo im bardziej się wczytujemy, im dalej w tą historię brniemy, tym więcej ważnych rzeczy w niej dostrzegamy.
Magda w pozornie prostej i przyjemnej powieści zawarła cały pęczek istotnych tematów.
Począwszy od relacji z drugim człowiekiem, przyjaźni, związków i rodziny, przez adopcję zwierząt ze schroniska, spełnianie marzeń, życie pełnią życia, po kwestię dawstwa organów.
Trafiło to do mnie tym mocniej, że sama zmagam się z wadą serca, wrodzoną. Nie jest ona duża, więc nie mam aż takich problemów jak główny bohater, nie mniej bardzo mu współczułam.
Co prawda od strony technicznej nie jest idealnie, czuć, że jest to pierwsza książka Magdy. Jednak wiecie co?
Zupełnie mi to nie przeszkadzało.
Owszem, czasem przewracałam oczami na pewne dialogi czy zachowanie bohaterów, jednak nie zmienia to faktu, że historia wciąga. Chce się wiedzieć, co będzie dalej z Gają, Igorem i resztą bohaterów.
A już zakończenie to sztos!
Takie zagranie na nosie czytelnikom jest na jak największy plus!
Podsumowując:
Magda - serdecznie gratuluję wydania i trzymam kciuki, żeby (o ile dalej będziesz chciała pisać) to nie była ostatnia książka i by z każdą kolejną było lepiej!
Samo "Jeszcze jedno marzenie" mogę polecić. To miła, wciągająca historia, która pozwoli nam na chwilę oderwać się od naszej rzeczywistości i być może na kilka rzeczy spojrzeć w inny sposób.
Może już też czytaliście debiut Magdy?
Jeśli tak, to koniecznie znać co sądzicie!
A jeśli chcecie być ze mną na bieżąco, wpadajcie na Instagram Słownego świata!
Do zobaczenia!
czwartek, 14 listopada 2019
37. Harda Horda znowu w akcji, czyli nowości od Marty Kisiel i Martyny Raduchowskiej
Oh, Serafin! Aleś Ty opóźniona!
Bo ten post miał się pokazać już wiele, wiele dni temu. Miał.
No ale się nadarzyły targi... a potem wyjazd...
I tak to poszło.
Jednak do rzeczy!
~ * * * ~
Obie książki, o których dzisiaj chcę Wam opowiedzieć, miały swoją premierę 30.10, nakładem wydawnictwa Uroboros.
>>> "Fałszywy Pieśniarz" - Martyna Raduchowska:
Kiedy po przeczytaniu zamknęłam tą książkę, nim jeszcze podzieliłam się na stories pierwszymi wrażeniami, poczułam coś, co jest moim zdaniem najlepszym uczuciem po skończeniu danej historii.
Satysfakcję.
I radość.
O tak, dużo radości.
Bo wiecie. Są autorki i autorzy, przy których wiemy, że zakończą książkę przynajmniej na poziomie "OK". Którzy wiemy, że swoich postaci ostatecznie nie skrzywdzą.
Cóż, Martyna Raduchowska niestety, albo stety do nich nie należy, więc ja przez 99,5% książki drżałam o życie bohaterów.
W "Fałszywym" mamy mnóstwo płot twistów, emocjonalnie przygotujcie się na ekstremalny rollercoaster. A to wszystko podane w pięknej językowo formie!
Czytelnikowi emocje Idy są bardzo dokładnie przekazane, i uwaga, mocno się udzielają!
Ida, choć bynajmniej nie jest postacią idealną, to wzbudza sympatię. Od samego początku była kreowania bardzo realistycznie, miała swoje humory, bywała egoistyczna. Dzięki temu jest bliższa czytelnikowi, który z łatwością może się z nią utożsamić. Podobnie rzecz ma się i z innymi bohaterami (eh ten Kruchy i jego skrywane sekrety!).
Polecam!
Co przyniosło pozostałe 0,5%? A to dowiedzcie się sami!
Jest dużo mrocznej i poważniej niż w poprzednich częściach, widać zmiany w bohaterach, a szczególnie właśnie w Idzie
Ja pozostaje pod ogromnym wrażeniem i "Fałszywego Pieśniarza" i całej serii.
>>> "Małe Licho anioł z kamienia" - Marta Kisiel:
W dniu, kiedy dostałam swój egzemplarz, potrzebowałam jakiś 5-6h by ją...
Nie, nie przeczytać.
Pochłonąć, tak na jednym wdechu!
Powiem więcej: mój tata też czytał z przyjemnością!
Są znani nam bohaterowie (Liszko moje najcudniejsze!), są przygody, jest magia!
I język, którym autorka nas hipnotyzuje i wciąga do swojego niesamowitego świata!
W jednej z rozmów porównałam czytanie "Małego Licha" do otulenia się ciepłym, mięciutkim kocykiem w zimowy wieczór!
O, doprawdy, Alleluja!
Osobiście serdecznie polecam!
I bardzo czekam na kolejną książkę aurieki, która już jest zapowiedziana na wiosnę 2020!
Teoretycznie, tak jak i "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" jest to pozycja nieco bardziej kierowana do młodszego odbiorcy. Jednak jak widać na załączonym obrazku, również dorosły może się przy niej doskonale bawić, a co więcej, wyciągnąć dla siebie jakąś lekcję.
Mamy tu wszystko, za co kochamy Martę Kisiel.
I nadal to podtrzymuje!
Jeśli zatem szukacie książki o przyjemnym języku, zimowej, świątecznej, ale z magią oraz przekazem: Marta Kisiel będzie idealna!
~ * * * ~
Dajcie koniecznie znać, czy którąś z tych książek macie już przeczytaną!
Ściskam Was mocno i do zobaczenia!
Bo ten post miał się pokazać już wiele, wiele dni temu. Miał.
No ale się nadarzyły targi... a potem wyjazd...
I tak to poszło.
Jednak do rzeczy!
~ * * * ~
Obie książki, o których dzisiaj chcę Wam opowiedzieć, miały swoją premierę 30.10, nakładem wydawnictwa Uroboros.
>>> "Fałszywy Pieśniarz" - Martyna Raduchowska:
Kiedy po przeczytaniu zamknęłam tą książkę, nim jeszcze podzieliłam się na stories pierwszymi wrażeniami, poczułam coś, co jest moim zdaniem najlepszym uczuciem po skończeniu danej historii.
Satysfakcję.
I radość.
O tak, dużo radości.
Bo wiecie. Są autorki i autorzy, przy których wiemy, że zakończą książkę przynajmniej na poziomie "OK". Którzy wiemy, że swoich postaci ostatecznie nie skrzywdzą.
Cóż, Martyna Raduchowska niestety, albo stety do nich nie należy, więc ja przez 99,5% książki drżałam o życie bohaterów.
W "Fałszywym" mamy mnóstwo płot twistów, emocjonalnie przygotujcie się na ekstremalny rollercoaster. A to wszystko podane w pięknej językowo formie!
Czytelnikowi emocje Idy są bardzo dokładnie przekazane, i uwaga, mocno się udzielają!
Ida, choć bynajmniej nie jest postacią idealną, to wzbudza sympatię. Od samego początku była kreowania bardzo realistycznie, miała swoje humory, bywała egoistyczna. Dzięki temu jest bliższa czytelnikowi, który z łatwością może się z nią utożsamić. Podobnie rzecz ma się i z innymi bohaterami (eh ten Kruchy i jego skrywane sekrety!).
Polecam!
Co przyniosło pozostałe 0,5%? A to dowiedzcie się sami!
Jest dużo mrocznej i poważniej niż w poprzednich częściach, widać zmiany w bohaterach, a szczególnie właśnie w Idzie
Ja pozostaje pod ogromnym wrażeniem i "Fałszywego Pieśniarza" i całej serii.
>>> "Małe Licho anioł z kamienia" - Marta Kisiel:
W dniu, kiedy dostałam swój egzemplarz, potrzebowałam jakiś 5-6h by ją...
Nie, nie przeczytać.
Pochłonąć, tak na jednym wdechu!
Powiem więcej: mój tata też czytał z przyjemnością!
Są znani nam bohaterowie (Liszko moje najcudniejsze!), są przygody, jest magia!
I język, którym autorka nas hipnotyzuje i wciąga do swojego niesamowitego świata!
W jednej z rozmów porównałam czytanie "Małego Licha" do otulenia się ciepłym, mięciutkim kocykiem w zimowy wieczór!
O, doprawdy, Alleluja!
Osobiście serdecznie polecam!
I bardzo czekam na kolejną książkę aurieki, która już jest zapowiedziana na wiosnę 2020!
Teoretycznie, tak jak i "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" jest to pozycja nieco bardziej kierowana do młodszego odbiorcy. Jednak jak widać na załączonym obrazku, również dorosły może się przy niej doskonale bawić, a co więcej, wyciągnąć dla siebie jakąś lekcję.
Mamy tu wszystko, za co kochamy Martę Kisiel.
I nadal to podtrzymuje!
Jeśli zatem szukacie książki o przyjemnym języku, zimowej, świątecznej, ale z magią oraz przekazem: Marta Kisiel będzie idealna!
~ * * * ~
Dajcie koniecznie znać, czy którąś z tych książek macie już przeczytaną!
Ściskam Was mocno i do zobaczenia!
sobota, 21 września 2019
36. Magia dla wytrwałych, czyli "Czarny Mag..." Rachel E. Carter
Ta seria pojawiła się już jakiś czas temu, widziałam recenzje zarówno pierwszej, jak i drugiej części na booktubie i booktagramie,
Jednak dopiero premiera części trzeciej (z powstałych czterech), która mała miejsce 18.09 dzięki wydawnictwu Uroboros popchnęła mnie do tego, by w końcu ją przeczytać.
Czy żałuję?
To za chwilę!
A o czym mówię?
Oto seria "Czarny Mag" Rachel E. Carter!
~ * * * ~
Pierwsze dwie części, czyli "Czarny Mag. Pierwszy Rok" oraz "Czarny Mag. Adeptka" opowiadają o przejściach głównej bohaterki - Ryiah - i jej brata oraz przyjaciół w Akademii Magii.
I bynajmniej, nie jest to ani Hogwart, ani Uniwerstyet Łysogórski...
Oba te tomy doprowadzają nas do wydarzeń z części "Carny Mag. Kandydatka".
Przygód Ryiah i Darrena ciąg dalszy, intryga ściele się gęsto (tak, intryga, ale i... ups, ciii!).
Bo przyznaję, z tomu na tom klimat powieści staje się poważniejszy, bardziej mroczny, cięższy. Bardzo wyraźnie widać, jak wraz z dorastaniem bohaterów (w pierwszej części są nastolatkami, w trzeciej mają po 20 lat) zmieniają się problemy, z jakimi muszą się mierzyć.
I właśnie, bohaterowie. Tu "Kandydatce", ale i całej serii trzeba oddać, że postaci są bardzo żywe. Wręcz idealnie nieidealne.
Popełniają błędy, mówią to, czego mówić nie powinni, działają czasem impulsywnie, żałując później swojego zachowania.
I tak, to momentami może irytować, jednak w ogólnym obrazie osobiście odczytuję to jako ogromny plus.
No i cały świat przedstawiony, to jak autorka rozwiązała używanie magii!
Ogromne ukłony, bo to było (przynajmniej dla mnie) coś nowego.
Nie mówiąc o politycznej intrydze, choć powinnam napisać, politycznych intrygach!
Ogromne ukłony, bo to było (przynajmniej dla mnie) coś nowego.
Nie mówiąc o politycznej intrydze, choć powinnam napisać, politycznych intrygach!
Tego ostatniego ja sama fanką nie jestem, jednak sam koncept bardzo doceniam, bo przyznam, że czytelnik może mieć z tym nie lada zagwozdkę i wiem, że będzie spora część, która tego w książkach szuka.
I oczywiście, że "Kandydatka", czy tez cała seria "Czarny Mag" nie jest wolna od szablonów, czy pewnych klisz, jednak są one w niej na tyle ciekawie i oryginalnie użyte, że wcale nie przeszkadzają.
Historia od początku wciąga, trzyma w napięciu, a czytelnik śledzi, co też się na następnej stronie wydarzy.
W jakie kłopoty wpakuje się główna bohaterka?
W jakie kłopoty wpakuje się główna bohaterka?
Seria wywołuje w czytelniku autentyczne emocje, które pozostają jeszcze długo po skończeniu książki, co również jest plusem!
Nie sposób jest łatwo wyrzucić "Czarnego Maga" z głowy, oj nie łatwo!
Nie sposób jest łatwo wyrzucić "Czarnego Maga" z głowy, oj nie łatwo!
Nie mówię, że to seria idealna, bo wiadomo, zawsze znajdzie się coś, do czego będzie się można przyczepić.
Osobiście jednak sądzę, że to naprawdę dobra seria, a ostatnia część już szczególnie!
Czy czekam na tłumaczenie ostatniej części? W sumie, to owszem. Choć boję się tego, co w niej będzie, bo już spodziewam się jakie emocje we mnie wzbudzi, jednak ciekawa jestem jak autorka wybrnie z zaczętych wątków!
A Wy, znacie już tą serię?
Dajcie koniecznie znać, czy tak, a może macie zamiar przeczytać?
Piszcie w komentarzach!
Dajcie koniecznie znać, czy tak, a może macie zamiar przeczytać?
Piszcie w komentarzach!
Zapraszam Was też jak zawsze serdecznie na mój Instagram, gdzie codziennie dzielę się z Wami nowinkami w Słownym Świecie!
Ściskam Was ogniście!
Ściskam Was ogniście!
Do zobaczenia!
poniedziałek, 9 września 2019
35. Uważajcie, czego sobie życzycie, czyli "Skrzynia ofiarna" S. Martin
Przyznam się Wam, że ja nie bardzo lubię horrory, thrillery też nie są wśród moich ulubionych gatunków.
A jednak, pamiętacie że "Inkub" którego przeczytałam bardzo mi się spodobał.
Dlatego też, gdy zobaczyłam dzisiejszego bohatera w nowościach wydawnictwa YA, to nie myślałam wiele.
Stwierdziłam: biorę! Opis był zachęcający, więc czemu nie.
A mowa o:
"Skrzyni ofiarnej" Stewarta Martina.
Premiera książki 18.09.
Co bylibyście w stanie zrobić, by spełniło się Wasze pragnienie?
By zatrzymać przy sobie osoby dla Was drogie?
Dwa pokolenia, dwie czteroosobowe grupy przyjaciół.
Trzy zasady.
I jedna skrzynia, która zmieni życia bohaterów na dobre.
~ *** ~
Powiem Wam, że książka naprawdę mnie zaskoczyła. Jakoś nie zarejestrowałam, że to ma być osadzone w USA lat 80'
Zdecydowanie od pierwszych stron czuje się duszną atmosferę, która nie mija właściwie do samego końca.
Książka bez wątpienia wciąga i bardzo ciężko się od niej oderwać!
Niewątpliwym plusem jest stopniowe odkrywanie całej intrygi, która kryje się za tytułową skrzynią ofiarną.
Sama ona wzbudza mega niepokój.
Osobiście nie raz podczas czytania wstrzymywałam oddech i byłam strasznie ciekawa, jak to się skończy!
W moim odczuciu autorowi naprawdę zgrabnie wyszło oddanie klimat czasów w jakich osadził akcję.
Bohaterowie może nie koniecznie wzbudzają naszą sympatię, jednak to też jest dość ciekawe, kibicować postaciom (bo w sumie się im, przynajmniej niektórym, kibicuje), które nie są do końca miłe.
Sądzę, że "Skrzynia ofiarna" spodoba się tym, którzy lubią w książkach napięcie i dreszczyk strachu!
No właśnie, jak to u Was jest? Lubicie się trochę pobać?
Dajcie znać w komentarzach!
Zaprasza Was też serdecznie na mój Instagram, gdzie codziennie dzielę się z Wami nowinkami w Słownym Świecie!
I co? Ściskam Was ogniście!
A jednak, pamiętacie że "Inkub" którego przeczytałam bardzo mi się spodobał.
Dlatego też, gdy zobaczyłam dzisiejszego bohatera w nowościach wydawnictwa YA, to nie myślałam wiele.
Stwierdziłam: biorę! Opis był zachęcający, więc czemu nie.
A mowa o:
"Skrzyni ofiarnej" Stewarta Martina.
Premiera książki 18.09.
Co bylibyście w stanie zrobić, by spełniło się Wasze pragnienie?
By zatrzymać przy sobie osoby dla Was drogie?
Dwa pokolenia, dwie czteroosobowe grupy przyjaciół.
Trzy zasady.
I jedna skrzynia, która zmieni życia bohaterów na dobre.
~ *** ~
Powiem Wam, że książka naprawdę mnie zaskoczyła. Jakoś nie zarejestrowałam, że to ma być osadzone w USA lat 80'
Zdecydowanie od pierwszych stron czuje się duszną atmosferę, która nie mija właściwie do samego końca.
Książka bez wątpienia wciąga i bardzo ciężko się od niej oderwać!
Niewątpliwym plusem jest stopniowe odkrywanie całej intrygi, która kryje się za tytułową skrzynią ofiarną.
Sama ona wzbudza mega niepokój.
Osobiście nie raz podczas czytania wstrzymywałam oddech i byłam strasznie ciekawa, jak to się skończy!
W moim odczuciu autorowi naprawdę zgrabnie wyszło oddanie klimat czasów w jakich osadził akcję.
Bohaterowie może nie koniecznie wzbudzają naszą sympatię, jednak to też jest dość ciekawe, kibicować postaciom (bo w sumie się im, przynajmniej niektórym, kibicuje), które nie są do końca miłe.
Sądzę, że "Skrzynia ofiarna" spodoba się tym, którzy lubią w książkach napięcie i dreszczyk strachu!
No właśnie, jak to u Was jest? Lubicie się trochę pobać?
Dajcie znać w komentarzach!
Zaprasza Was też serdecznie na mój Instagram, gdzie codziennie dzielę się z Wami nowinkami w Słownym Świecie!
I co? Ściskam Was ogniście!
niedziela, 14 lipca 2019
34. "Gdzie diabeł mówi dobranoc. Księżyc jest pierwszym umarłym" - K. Bonowicz
Wiecie, co lubię najbardziej?
Ok, dobra, złe pytanie, bo można by wymieniać tu wiele, jednak sprecyzujmy: co lubię najbardziej w kwestii książek?
Gdy dostaję w łapki coś, po czym zupełnie nie wiem, czego się spodziewać (bo są bardzo różne opinie, bądź tych opinii nie znam), a zostaję przyjemnie zaskoczona.
Tak właśnie było ostatnio, kiedy to dość nieoczekiwanie weszłam w posiadanie pozycji, którą przeczytałam z niemałą przyjemnością i która podsyciła moją słowiańską "fazę".
A o czym mówię?
O "Gdzie diabeł mówi dobranoc. Księżyc jest pierwszym umarłym" Kariny Bonowicz.
Alicja, nastolatka z Warszawy, jedynaczka i córka lekarzy, na skutek tragicznych wydarzeń zmuszona jest pojechać do nieznanej sobie ciotki. Ciotki mieszkającej w niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu.
Gdy dziewczynie wydaje się, że samo to jest najgorszym, co ją w jej siedemnastoletnim życiu spotkało, los szykuje dla niej o wiele, wiele więcej.
Jak Alicja poradzi sobie ze wszystkimi nowościami, jakie spotka w Czarcisławiu?
Czy piątka nastolatków ze skłóconych rodzin będzie w stanie się jakoś dogadać?
I o co chodzi z tym diabłem?
Zajrzyjcie do "Gdzie diabeł mówi dobranoc"!
Słuchajcie, ta książka wpadła w moje łapki tak nieoczekiwanie, że sama dziwiłam się, jak to się stało?
Została mi przekazana przez znajomą, której ona się zupełnie nie podobała, a która zobaczyła mój komentarz, że chciałabym tą pozycję przeczytać.
Nie raz już Ewie za to dziękowałam!
Zaczynając czytać miałam sporo wątpliwości i obaw, bo bardzo szybko główna bohaterka zaczęła mnie denerwować.
I cóż, ten stan utrzymywał się przez większość książki, nie tylko w odniesieniu do Alicji. Serio, co rusz powracało do mnie pytanie: Jasności, czy ja jako nastolatka też byłam taka okropna?...
Jednak!
Słuchajcie, fabuła książki jest tak ciekawa i wciągająca, że bardzo szybko wybaczyłam jej tych bohaterów!
Swoją drogą, uznałam, że sposób w jaki autora wykreowała bohaterów zasługuje na podziw! Bo trzeba przyznać, że były sytuacje, gdzie bardzo przyjemnie zaskoczyła mnie racjonalność zachowań postaci.
Dosłownie pochłaniałam każdą stronę, klimat Czarcisławia wciągał mnie niesamowicie! Akcja poganiała akcję, niczego nie można było być pewnym.
Momentami naprawdę współczułam Alicji, bo to, co się wokół niej działo mogło doprowadzić do szaleństwa każdego.
Czy ja muszę jeszcze dodawać, jak przyjemny jest język autorki?
Dlatego naprawdę polecam tą pozycję każdemu, kto lubi fantastyczne, słowiańskie klimaty, nie zraża się irytującymi bohaterami i lubi nieoczywiste historie!
Ja czekam (nie) cierpliwie na kolejną część!
Dajcie znać, czy czytaliście, lub czy Was zachęciłam!
Zapraszam Was też standardowo na mój Instagram!
Ściskam Was!
Ok, dobra, złe pytanie, bo można by wymieniać tu wiele, jednak sprecyzujmy: co lubię najbardziej w kwestii książek?
Gdy dostaję w łapki coś, po czym zupełnie nie wiem, czego się spodziewać (bo są bardzo różne opinie, bądź tych opinii nie znam), a zostaję przyjemnie zaskoczona.
Tak właśnie było ostatnio, kiedy to dość nieoczekiwanie weszłam w posiadanie pozycji, którą przeczytałam z niemałą przyjemnością i która podsyciła moją słowiańską "fazę".
A o czym mówię?
O "Gdzie diabeł mówi dobranoc. Księżyc jest pierwszym umarłym" Kariny Bonowicz.
Alicja, nastolatka z Warszawy, jedynaczka i córka lekarzy, na skutek tragicznych wydarzeń zmuszona jest pojechać do nieznanej sobie ciotki. Ciotki mieszkającej w niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu.
Gdy dziewczynie wydaje się, że samo to jest najgorszym, co ją w jej siedemnastoletnim życiu spotkało, los szykuje dla niej o wiele, wiele więcej.
Jak Alicja poradzi sobie ze wszystkimi nowościami, jakie spotka w Czarcisławiu?
Czy piątka nastolatków ze skłóconych rodzin będzie w stanie się jakoś dogadać?
I o co chodzi z tym diabłem?
Zajrzyjcie do "Gdzie diabeł mówi dobranoc"!
Słuchajcie, ta książka wpadła w moje łapki tak nieoczekiwanie, że sama dziwiłam się, jak to się stało?
Została mi przekazana przez znajomą, której ona się zupełnie nie podobała, a która zobaczyła mój komentarz, że chciałabym tą pozycję przeczytać.
Nie raz już Ewie za to dziękowałam!
Zaczynając czytać miałam sporo wątpliwości i obaw, bo bardzo szybko główna bohaterka zaczęła mnie denerwować.
I cóż, ten stan utrzymywał się przez większość książki, nie tylko w odniesieniu do Alicji. Serio, co rusz powracało do mnie pytanie: Jasności, czy ja jako nastolatka też byłam taka okropna?...
Jednak!
Słuchajcie, fabuła książki jest tak ciekawa i wciągająca, że bardzo szybko wybaczyłam jej tych bohaterów!
Swoją drogą, uznałam, że sposób w jaki autora wykreowała bohaterów zasługuje na podziw! Bo trzeba przyznać, że były sytuacje, gdzie bardzo przyjemnie zaskoczyła mnie racjonalność zachowań postaci.
Dosłownie pochłaniałam każdą stronę, klimat Czarcisławia wciągał mnie niesamowicie! Akcja poganiała akcję, niczego nie można było być pewnym.
Momentami naprawdę współczułam Alicji, bo to, co się wokół niej działo mogło doprowadzić do szaleństwa każdego.
Czy ja muszę jeszcze dodawać, jak przyjemny jest język autorki?
Dlatego naprawdę polecam tą pozycję każdemu, kto lubi fantastyczne, słowiańskie klimaty, nie zraża się irytującymi bohaterami i lubi nieoczywiste historie!
Ja czekam (nie) cierpliwie na kolejną część!
Dajcie znać, czy czytaliście, lub czy Was zachęciłam!
Zapraszam Was też standardowo na mój Instagram!
Ściskam Was!
niedziela, 30 czerwca 2019
33. Rozbudzony lokalny patriotyzm, czyli "Sub Rosa" Anny Jurewicz.
W ostatnim poście opowiadałam Wam o polskich autorkach, które bardzo cenię.
Dziś pozostajemy przy rodzimych twórcach, jednak tym razem będzie to niesamowity debiut. Debiut który zdobył moje serce tak, że niecierpliwie czekam na kolejne dwie części (potwierdzone info!).
I pomyśleć, że swojego czasu miałam wątpliwości, czy tą książkę zamawiać.
O ja niemądra.
A chcę Wam opowiedzieć o "Sub Rosie" Anny Jurewicz.
Młoda dziewczyna o wdzięcznym imieniu Róża wraca do Polski z samego Paryża, by odciąć się od bolesnej przeszłości.
I komuś może tu się zapalić czerwona lampka: Hej, czy Ty polecasz jakiś kiczowaty romans?
Oj nie, kochani. Bo Róża nie wraca do Polski by bezczynnie siedzieć.
Ona rozpoczyna studia!
I to nie byle gdzie, bo na magicznym Uniwersytecie Łysogórskim!
A co to dziewczę ma tam za przygody? I na kogo będzie mogła liczyć, gdy dziać się zacznie nieciekawie?
I co z tym wszystkim ma wspólnego słowiański (?) bóg?
A przeczytajcie, to się dowiecie!
Ja szczerze zachęcam!
~ * ~
Jak pewnie wiecie, a jak nie wiecie, to Wam właśnie powiem, czytając cykl "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk niezwykle mocno łapał mnie za serduszko fakt, że akcja powieści dzieje się w okolicy, gdzie żyję.
Bo umówmy się, kogo nie cieszy wynajdywanie w książce wzmianek o miejscach, które się zna?
Dlatego aż zapiszczałam z radości, kiedy przeczytałam pierwszy rozdział "Sub Rosy", który autorka udostępniła na swojej stronie. I to właśnie moment, gdy wreszcie zdecydowałam się przeczytać ten fragment sprawił, że kliknęłam na stronie "Zamów", choć już znacznie wcześniej Slavic Book tak mocno ją polecała.
W końcu jednak i ja dostałam "Sub Rosę" w swoje łapki. A jak już ją dostałam, to ostatnimi siłami woli dawkowałam sobie tą historię, żeby nie skończyć jej zbyt szybko.
Niby przyjemność była dłuższa, ale i tak gdy skończyłam czytać (gdzieś między godziną 22-23) niemal od razu napisałam do autorki z żądaniem kolejnej części (prawie żądaniem).
Mamy tam Łysogórski Uniwersytet Magiczny! Uniwersytet! Magiczny! Na Łysej Górze!
Już samo to brzmi jak spełnienie marzeń. Opisy przedmiotów sprawiały, że sama miałam ogromną ochotę się tam zapisać.
Plus bohaterowie, którzy choć czasami potrafią irytować (sama przyznałam, że Róży kilka razy miałam ochotę przyłożyć w łeb), to zdobywają nasze serca i czytelnik chce wiedzieć, co u nich dalej.
Poza tym, tą książkę się zwyczajnie połyka. Ona sama wchodzi do głowy, nawet się zbytnio nie trzeba wysilać. Jak na debiut, warsztat i język autorki są naprawdę dobre (a mówi to osoba, która uwielbia czepiać się konstrukcji zdań w opisach czy dialogach i ich ogólnego brzmienia. Tych zdań, znaczy).
No i na koniec: sama historia!
Historia, która wciąga i nie chce puścić (jak Róży... a przeczytajcie, to dowiecie się co!). Połączenie świetnego humoru, magii, szczypty romansu, no i tajemnicy!
A takiego poplątania, zwłaszcza na koniec, to się nie spodziewałam.
Dlatego rzeknę jedno: Czytajcie "Sub Rosę"!
Ja sama jestem niesamowicie ciekawa, co autorka szanowna wymyśliła na kolejne części i już wiem, że w chwili gdy dostanę informację, że już są do zamówienia, to pędzę lecę to zrobić!
A może już macie tą książkę za sobą? Koniecznie wtedy dajcie mi znać, jakie są Wasze odczucia!
I jak zawsze serdecznie zapraszam Was na mój Instagram!
Do zobaczenia!
Dziś pozostajemy przy rodzimych twórcach, jednak tym razem będzie to niesamowity debiut. Debiut który zdobył moje serce tak, że niecierpliwie czekam na kolejne dwie części (potwierdzone info!).
I pomyśleć, że swojego czasu miałam wątpliwości, czy tą książkę zamawiać.
O ja niemądra.
A chcę Wam opowiedzieć o "Sub Rosie" Anny Jurewicz.
Młoda dziewczyna o wdzięcznym imieniu Róża wraca do Polski z samego Paryża, by odciąć się od bolesnej przeszłości.
I komuś może tu się zapalić czerwona lampka: Hej, czy Ty polecasz jakiś kiczowaty romans?
Oj nie, kochani. Bo Róża nie wraca do Polski by bezczynnie siedzieć.
Ona rozpoczyna studia!
I to nie byle gdzie, bo na magicznym Uniwersytecie Łysogórskim!
A co to dziewczę ma tam za przygody? I na kogo będzie mogła liczyć, gdy dziać się zacznie nieciekawie?
I co z tym wszystkim ma wspólnego słowiański (?) bóg?
A przeczytajcie, to się dowiecie!
Ja szczerze zachęcam!
~ * ~
Jak pewnie wiecie, a jak nie wiecie, to Wam właśnie powiem, czytając cykl "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk niezwykle mocno łapał mnie za serduszko fakt, że akcja powieści dzieje się w okolicy, gdzie żyję.
Bo umówmy się, kogo nie cieszy wynajdywanie w książce wzmianek o miejscach, które się zna?
Dlatego aż zapiszczałam z radości, kiedy przeczytałam pierwszy rozdział "Sub Rosy", który autorka udostępniła na swojej stronie. I to właśnie moment, gdy wreszcie zdecydowałam się przeczytać ten fragment sprawił, że kliknęłam na stronie "Zamów", choć już znacznie wcześniej Slavic Book tak mocno ją polecała.
W końcu jednak i ja dostałam "Sub Rosę" w swoje łapki. A jak już ją dostałam, to ostatnimi siłami woli dawkowałam sobie tą historię, żeby nie skończyć jej zbyt szybko.
Niby przyjemność była dłuższa, ale i tak gdy skończyłam czytać (gdzieś między godziną 22-23) niemal od razu napisałam do autorki z żądaniem kolejnej części (prawie żądaniem).
Mamy tam Łysogórski Uniwersytet Magiczny! Uniwersytet! Magiczny! Na Łysej Górze!
Już samo to brzmi jak spełnienie marzeń. Opisy przedmiotów sprawiały, że sama miałam ogromną ochotę się tam zapisać.
Plus bohaterowie, którzy choć czasami potrafią irytować (sama przyznałam, że Róży kilka razy miałam ochotę przyłożyć w łeb), to zdobywają nasze serca i czytelnik chce wiedzieć, co u nich dalej.
Poza tym, tą książkę się zwyczajnie połyka. Ona sama wchodzi do głowy, nawet się zbytnio nie trzeba wysilać. Jak na debiut, warsztat i język autorki są naprawdę dobre (a mówi to osoba, która uwielbia czepiać się konstrukcji zdań w opisach czy dialogach i ich ogólnego brzmienia. Tych zdań, znaczy).
No i na koniec: sama historia!
Historia, która wciąga i nie chce puścić (jak Róży... a przeczytajcie, to dowiecie się co!). Połączenie świetnego humoru, magii, szczypty romansu, no i tajemnicy!
A takiego poplątania, zwłaszcza na koniec, to się nie spodziewałam.
Dlatego rzeknę jedno: Czytajcie "Sub Rosę"!
Ja sama jestem niesamowicie ciekawa, co autorka szanowna wymyśliła na kolejne części i już wiem, że w chwili gdy dostanę informację, że już są do zamówienia, to pędzę lecę to zrobić!
A może już macie tą książkę za sobą? Koniecznie wtedy dajcie mi znać, jakie są Wasze odczucia!
I jak zawsze serdecznie zapraszam Was na mój Instagram!
Do zobaczenia!
sobota, 15 czerwca 2019
32. Dobre i polskie, czyli o rodzimych autorkach słów kilka.
Na samym początku jestem Wam winna przeprosiny.
Troszkę ten blog zaniedbałam, ale obiecuję poprawę!
Dlatego dzisiaj przychodzę do Was z postem nieco innym niż wcześniejsze. Zabieram Was na małą wycieczkę w głąb moich wspomnień.
Ale po co? Dlaczego?
Otóż, ostatnio poczułam ogromną chęć podzielenia się z Wami moim TOP polskich pisarek. Będą to autorki których przeczytałam już kilka pozycji, które cenię i za to, jak piszą, co piszą i jakimi są osobami.
Czemu jednak polskich i pisarek?
Bo to właśnie panie ostatnio wysunęły się w moich ulubieńcach na czołówkę, a uważam, że polskie pisarki są mimo swoich umiejętności za mało doceniane.
Będą cztery, a przedstawię je w takiej kolejności, w jakiej je poznawałam/pokochałam.
To co, jedziemy?
Zapraszam!
~ * ~
1. Maja Lidia Kossakowska:
Tą autorkę poznałam najwcześniej.
I nie skłamię, jeśli powiem, że jej książki pomogły mi przetrwać naprawdę kiepskie momenty w moim życiu.
Pokochałam ją i cykl anielski, ale nie zupełnie od pierwszego wejrzenia.
Czytając "Siewcę Wiatru" miałam 14-15 lat i choć owszem, bardzo mi się spodobał, jeszcze nie do końca pojmowałam jego wymowę.
Do tego musiałam dojrzeć.
Za to "Zbieracz Burz t. I", o! Tu już historia jest inna. Od pierwszej kartki książka omotała mnie i już nie byłam w stanie uwolnić się od rzuconego przez nią uroku. Postać Daimona Freya i Piołuna aż do teraz (czyli jakieś 10 lat, bo tyle minęło od kiedy ją przeczytałam) towarzyszy moim myślom i nie chce ich opuścić.
Gdy rok później wydano II tom "Zbieracza...", już byłam stracona. Kupowałam każdy kolejny tom i czytałam go z takimi samymi wypiekami na twarzy.
Wyobraźcie sobie więc mój stan emocjonalny, gdy w listopadzie zeszłego roku wydana została ostatnia część.
Tak. Były łzy, był smutek, ale i olbrzymia satysfakcja.
Spędziłam z tym cyklem i jego bohaterami około połowy mojego życia.
I przyznam się Wam, że uzmysłowiłam to sobie dopiero teraz, pisząc ten post. Połowa życia, dacie wiarę?
Powiecie: no dobrze, Serafin, wszystko fajnie. Ale właściwie dlaczego tak bardzo tą autorkę lubisz?
Już do tego przechodzę.
Spotkałam się z różnymi opiniami o stylu pisania Kossakowskiej, tak samo jak różne były oceny poszczególnych części tomów. Jednak co sprawiło, że zostałam "opętana" przez te anielskie książki, to klimat. Autorka potrafi nas przenieść w świat tak niesamowity, będący tak niezwykłą mozaiką różnych kultur i wierzeń, że czytelnik aż przeciera oczy ze zdumienia, że tak można.
Lekkość pióra pisarki, to jakich bohaterów stworzyła (kto mnie zna, wie, że na punkcie pana D mam swoistą schizę), to wszystko sprawia, że od tego cyklu trudno się oderwać. Przynajmniej ja tak miałam.
Poza tym, miałam okazję spotkać autorkę osobiście, a także wymienić z nią trochę maili. To tak ciepła, miła, a jednocześnie skromna osoba, że człowiek z czystej sympatii dla niej sięga po kolejne książki.
Bo Kossakowska to nie tylko cykl anielski, o nie! Ja osobiście czytałam jeszcze (poza dwoma zbiorami opowiadań do aniołów) cztery części "Upiora południa" (z tego co widziałam, Fabryka Słów zrobiła wznowienie i zebrała to w jedno, ja mam cztery osobne książki), dwa tomy "Zakonu Krańca świata" oraz zbiór opowiadań "Więzy Krwi", z którym organizowałam Book Tour.
Ponad to mamy jeszcze dwa tomy "Takeshiego" (niestety, tego nie zmogłam, ale to kwestia klimatu Japonii, który mi niezbyt odpowiadał), "Grillbar Galaktyka" (po który też jeszcze dopiero muszę sięgnąć) oraz "Ruda sfora" (niestety, też nie dałam rady) plus wystąpiła w kilku antologiach.
Ogólnie, mam do tej autorki prze ogromny sentyment, Daimon Frey na zawsze już pozostanie moją miłością i Aniołem Stróżem.
Dlatego serdecznie Was zachęcam, zapoznajcie się z Kossakowską, jej dorobek to pokaźny przekrój fantastyki i Sci-Fi, więc można coś dla siebie wybrać.
Polecam!
(Na zdjęciu brak trzech tomów "Bram Światłości", które są u kuzynki na wyporzyczeniu)
~ * ~
2. Marta Kisiel:
To druga rozciągnięta w czasie historia.
Pierwszą styczność z Martą Kisiel miałam około 5 lat temu przy okazji czytania "Nomen omen", które naprawdę mi się spodobało.
Później na dłuższy czas jakimś cudem o niej zapomniałam, choć teraz zachodzę w głowę: JAK?!
Choć ja wiem, jak. Wtedy jednocześnie studiowałam dziennie i pracowałam. To był czas, kiedy miałam mało, bardzo mało czasu na czytanie dla przyjemności i jeszcze mniej, by sprawdzać, co dana osoba jeszcze napisała.
Zwyczajnie autorka wypadła mi z głowy.
Dopiero w zeszłym roku, konkretnie z okazji moich dwudziestych siódmych urodzin nabyłam jej "Dożywocie" wraz z dodatkowym opowiadaniem "Szaławiła" oraz "Siłę niższą", choć teraz już nie do końca pamiętam jak sobie o Marcie Kisiel przypomniałam. Możliwe, że było to dzięki filmowi Czytacza ale ręki sobie uciąć nie dam.
Nie mniej, przeczytałam obie książki.
I co?
I przepadałam!
Pokochałam bezgranicznie słodkie i urocze Licho, Krakersa, Turu, nawet samego Konrada polubiłam.
Później we wrześniu 2018 roku zostało wydane "Małe Licho i tajemnica Niebożątka", a ja znów piałam z zachwytów, podobnie jak nad "Tonią" (kontynuacja "Nomen omen") i w następnym miesiącu nad zbiorem opowiadań "Pierwsze słowo" a w tym roku "Oczy uroczne" (właściwie bezpośrednio nawiązujące do "Szaławiły").
Poza tym można opowiadania autorki znaleźć w licznych antologiach, m. in. "Harda Horda" (serdecznie polecam!).
Marta Kisiel bawi się językiem tak zręcznie, że każda jej książka, każde opowiadanie jest jak wystawna uczta dla czytelnika.
To zręczne manewrowanie słowami, humor w takiej dawce, że brzuchy i szczęki Was ze śmiechu rozbolą, oraz absolutnie urzekający bohaterowie (Licho, Bożek, Bazyl, Oda! Mogłabym długo wymieniać) sprawiają, że nie chce się dzieł autorki odkładać.
Plus lekki styl autorki pozwala mknąć przez strony i nawet nie pomyśleć o hamulcach.
To są zdecydowanie książki do połknięcia w jeden dzień lub nawet popołudnie, zwłaszcza, że Marta Kisiel zamyka bogatą treść w stosunkowo niewielkiej ilości stron.
Poza tym, podobnie jak Kossakowska, Marta Kisiel to przemiła i niesamowicie sympatyczna osoba. Choć mamy za sobą tylko krótkie spotkanie na KTK to kontakt na Instagramie jest!
I liczę, że na tegorocznych targach w Krakowie też uda się z nią spotkać!
Zdecydowanie polecam!
PS. z lubimyczytać.pl dowiedziałam się, że ukaże się nowa cześć "Małego Licha", a widziałam też tytuł "Zombie Grey" planowane na końcówkę przyszłego roku. Czekam!
~ * ~
3. Aneta Jadowska:
Październik 2018.
Jadąc na Krakowskie Targi Książki wiedziałam, że jest taka autorka jak Aneta Jadowska, jednak jakoś nie zebrałam się, by cokolwiek jej przeczytać.
Na targach przechadzając się między stoiskami zobaczyłam, że mają promocję przy zakupie dwóch książek druga z rabatem. Zrobiłam szybkie rozeznanie, co mają i... chwilę później byłam już posiadaczką zbioru opowiadań "Dynia i Jemioła", który właśnie wtedy miał swoją premierą, a od którego zaczęła się moja przygoda z Jadowską.
O ile w przypadku Kossakowskiej i Kisiel szłam jak należy, chronologicznie, tak tu przyszłam można powiedzieć "na gotowe".
Nie żałuję jednak, że zaczęłam od "Dyni". Miałam tam okazję postać przekrój bohaterów i to pomogło mi zdecydować, o kim chcę czytać później.
Takim sposobem nabyłam dwutomowy cykl szamański o Witkacu (moja kolejna mega sympatia), którego przeczytałam część 2 a 1 jeszcze nie...
Później zakupiłam zbiór opowiadań "Ropuszki", a gdy go przeczytałam, doszłam do wniosku, że nie ma bata, muszę nadrobić cały cykl o Dorze Wilk.
I to było najzabawniejsze nadrabianie cyklu ever.
Najpierw (wiedząc, że nadchodzi premiera nowej części), wypożyczyłam z biblioteki trzy pierwsze tomy.
Dlaczego tylko trzy, skoro cykl ma ich sześć?
Po pierwsze, ktoś wtedy wypożyczył tom 5, więc nie było całości. Po drugie, ja wtedy brałam coś jeszcze a w mojej bibliotece wojewódzkiej można mieć jednocześnie wypożyczonych 5 pozycji (o ile nic się nie zmieniło).
Trzy pierwsze przeczytałam, byłam nimi zachwycona i jak wariatka cieszyłam się z odnajdywanych powiązaniań z "Ropuszkami", czy "Dynią".
Niestety, kolejnych trzech nijak wypożyczyć nie mogłam, bo tom 5 nadal u kogoś był. A w miejskich bibliotekach brak, tak samo jak na Legimi.
Wierzcie mi, byłam zdecydowana po prostu te trzy części kupić, jednak wyjazd, do którego się w tedy przygotowywałam skutecznie mi to uniemożliwił.
Jednocześnie niemal na Legimi pojawiła się owa nowinka, "Dzikie dziecko miłości", co mnie niejako uratowało, bo bookbox, który zamówiłam miał opóźnienie i gdyby nie Legimi nie byłabym w stanie przeczytać tej części przed czerwcem.
I tak, chronologię szag trafił, choć w tym momencie już zupełnie się nią nie przejmowałam. "DDM" przeczytałam, byłam nim zachwycona, choć wiedziałam, że co nieco mi umyka. A potem, gdy w końcu nadrobiłam te nieszczęsne trzy kolejne tomy cyklu, to już byłam w domu!
Dodajmy do tego, że Jadowska wystąpiła w kilku antologiach (m. in. wspomniana już "Harda Horda"), ma też na swoim koncie kryminał "Trup na plaży" (który mam jeszcze do przeczytania).
Napisała jeszcze cykl o Nikicie (ma on obecnie trzy tomy), którego nie tknęłam. Niestety, jakoś mnie ta dziewczyna nie przekonuje, ale kto wie, gdy zatęsknię za autorką możliwe, że w końcu przemogę się i do tego cyklu.
I znów powraca pytanie: dlaczego Aneta Jadowska?
Kochani, pamiętacie jak mówiłam, że Kossakowska mistrzowsko łączyła wierzenia i mitologie? Jadowska robi to samo, tylko z motywami fantastyki.
U niej będziecie mieli wszystko: anioły, diabły, demony, wilki (wilkołaki), wampiry, wiedźmy przeróżnych rodzajów, elfy i masę znanych fantastyce stworzeń. I to wszystko zmieszane, umiejscowione w alternatywnej Polsce, podane w niesamowicie kolorowej i obłędnie smakującej formie, doprawionej dużą dozą humoru.
Niech sam za siebie przemówi fakt, że ja czytałam książki mające około 500 stron w jeden dzień. Je się połyka. Autorka pisze lekko, dzięki czemu czytelnik wręcz płynie przez tekst. Dodatkowo historia wciąga tak mocno, że naprawdę musiałam się mocno wysilać, by przerwać czytanie.
No i bohaterowie. Dostajemy taki wachlarz charakterystycznych i nietuzinkowych postaci, że każdy może wybrać swojego ulubieńca, bądź ulubienicę (nawet nie będę próbowała wskazywać konkretnych imion). Albo kogoś, na kim będzie wieszał psy (no offence dla wilków).
Przy tym cudowne jest to, że autorka nie przesadza z mocami bohaterów, mimo że w pewnym momencie było o to łatwo.
Podobnie jak Kossakowską i Kisiel, udało mi się spotkać z Anetą Jadowską na żywo i po raz kolejny: to kobieta niezwykle serdeczna i ogromnym sercu!
Bardzo liczę, że jeszcze uda mi się z nią zobaczyć!
Polecam, nie zawiedziecie się!
~ * ~
4. Martyna Raduchowska:
I ostatnia już z autorek, o których chcę powiedzieć.
O Martynie Rauchowskiej usłyszałam dzięki Strefie Czytacza, który przedstawiał oba jej cykle. I znowu, troszkę czasu potrzebowałam, by w ogóle się za nią zabrać.
Wracamy do Krakowskich Targów Książki 2018.
Pamiętacie, kupiłam wtedy też pierwszą książkę Jadowskiej. Tak się składa, że Rdauchowskiej nabyłam dwie.
Pierwsza z nich, "Szamanka od umarlaków" czekała około miesiąca, nim po nią sięgnęłam.
I wtedy to się zaczęło!
Jest magia, suspens, jest zagadka i dziewczyna, która ma Pecha, dosłownie i w przenośni! Ale o tym już wam opowiadałam .
Po "Szamance..." dorwałam się do "Demona Luster", który tylko wzmógł mój apetyt. Oj, bo intryga ściele się tam gęsto!
I kurczę jest coś w glownej bohaterce takiego, że od samego początku ją polubiłam. Nie wszystkie decyzje i zachowania pochwalałam, ale Idę da się lubić!
W tym roku ma wyjść część trzecia, na którą bardzo czekam, zwłaszcza, że mój apetyt autorka zaostrzyła opowiadaniem w "Hardej Hordzie" (jakbyście zapomnieli - polecam!).
Bardzo dobre opinie zbiera też jej drugi cykl, "Łzy Mai" i "Spectrum". Niestety, choć styl autorki jest bardzo mi miły i przyjemny, to jak jak u Kossakowskiej z "Takeshim" - próbowałam, ale klimat nie mój.
Mogę oglądać filmy Sci-Fi, ale książki mi nie podchodzą.
Ale nigdy nie mów nigdy, możliwe, że kiedyś się przekonam, jak i do Nikity.
Niestety tej autorki osobiście poznać mi się nie udało, mam jednak wielką nadzieję, że na tegorocznych targach w Krakowie się to zmieni!
Po raz czwarty- polecam!
~ * ~
I to są polskie autorki, które mają szczególne miejsce w moim serduszku.
Ktoś może się dziwić że nie podałam tu chociażby Miszczuk, której książki też lubię, jednak w moim odczuciu warsztat pisarski wspomnianych wyżej autorek jest na mistrzowskim poziomie.
Myślałam jeszcze nad Martą Krajewską, która też bardzo dobrze pisze, jednak zabrakło mi tego czegoś, co pojawiło się w przypadku wymienionych wyżej pań.
Mogłabym tu jeszcze wymieniać zagraniczne jak Alice Broadway, której cykl mnie urzekł, o A G Howard, która oczarowała mnie swoją wizją Krainy Czarów, jednak zależało mi, jak wspomniałam, by pokazać, że polscy autorzy też są świetni!
Każdy zapytany o polskiego autora fantastyki wymieniłby Sapkowskiego, może Piekarę, czy Pilipiuka, Ćwieka albo Grzędowycza. I super!
A te damy, o których opowiedziałam zdecydowanie zasługują na swoje szczególne miejsce, bo są niezwykle utalentowanymi pisarkami i pozwolę sobie dodać - wspaniałymi kobietami.
Więc, drogie autorki, chylę czoła, macie we mnie fankę i bardzo czekam na Wasze kolejne książki!
Ok, a czy Wy znaliście te panie?
Dajcie znać, z którą z autorek, o których mówiłam już się zetknęliście, jakie mieliście odczucia?
Jestem bardzo ciekawa!
I oczywiście, wpadajcie na mój Instagram, oraz, ta da! Twitter!
Do zobaczenia!
Troszkę ten blog zaniedbałam, ale obiecuję poprawę!
Dlatego dzisiaj przychodzę do Was z postem nieco innym niż wcześniejsze. Zabieram Was na małą wycieczkę w głąb moich wspomnień.
Ale po co? Dlaczego?
Otóż, ostatnio poczułam ogromną chęć podzielenia się z Wami moim TOP polskich pisarek. Będą to autorki których przeczytałam już kilka pozycji, które cenię i za to, jak piszą, co piszą i jakimi są osobami.
Czemu jednak polskich i pisarek?
Bo to właśnie panie ostatnio wysunęły się w moich ulubieńcach na czołówkę, a uważam, że polskie pisarki są mimo swoich umiejętności za mało doceniane.
Będą cztery, a przedstawię je w takiej kolejności, w jakiej je poznawałam/pokochałam.
To co, jedziemy?
Zapraszam!
~ * ~
1. Maja Lidia Kossakowska:
Tą autorkę poznałam najwcześniej.
I nie skłamię, jeśli powiem, że jej książki pomogły mi przetrwać naprawdę kiepskie momenty w moim życiu.
Pokochałam ją i cykl anielski, ale nie zupełnie od pierwszego wejrzenia.
Czytając "Siewcę Wiatru" miałam 14-15 lat i choć owszem, bardzo mi się spodobał, jeszcze nie do końca pojmowałam jego wymowę.
Do tego musiałam dojrzeć.
Za to "Zbieracz Burz t. I", o! Tu już historia jest inna. Od pierwszej kartki książka omotała mnie i już nie byłam w stanie uwolnić się od rzuconego przez nią uroku. Postać Daimona Freya i Piołuna aż do teraz (czyli jakieś 10 lat, bo tyle minęło od kiedy ją przeczytałam) towarzyszy moim myślom i nie chce ich opuścić.
Gdy rok później wydano II tom "Zbieracza...", już byłam stracona. Kupowałam każdy kolejny tom i czytałam go z takimi samymi wypiekami na twarzy.
Wyobraźcie sobie więc mój stan emocjonalny, gdy w listopadzie zeszłego roku wydana została ostatnia część.
Tak. Były łzy, był smutek, ale i olbrzymia satysfakcja.
Spędziłam z tym cyklem i jego bohaterami około połowy mojego życia.
I przyznam się Wam, że uzmysłowiłam to sobie dopiero teraz, pisząc ten post. Połowa życia, dacie wiarę?
Powiecie: no dobrze, Serafin, wszystko fajnie. Ale właściwie dlaczego tak bardzo tą autorkę lubisz?
Już do tego przechodzę.
Spotkałam się z różnymi opiniami o stylu pisania Kossakowskiej, tak samo jak różne były oceny poszczególnych części tomów. Jednak co sprawiło, że zostałam "opętana" przez te anielskie książki, to klimat. Autorka potrafi nas przenieść w świat tak niesamowity, będący tak niezwykłą mozaiką różnych kultur i wierzeń, że czytelnik aż przeciera oczy ze zdumienia, że tak można.
Lekkość pióra pisarki, to jakich bohaterów stworzyła (kto mnie zna, wie, że na punkcie pana D mam swoistą schizę), to wszystko sprawia, że od tego cyklu trudno się oderwać. Przynajmniej ja tak miałam.
Poza tym, miałam okazję spotkać autorkę osobiście, a także wymienić z nią trochę maili. To tak ciepła, miła, a jednocześnie skromna osoba, że człowiek z czystej sympatii dla niej sięga po kolejne książki.
Bo Kossakowska to nie tylko cykl anielski, o nie! Ja osobiście czytałam jeszcze (poza dwoma zbiorami opowiadań do aniołów) cztery części "Upiora południa" (z tego co widziałam, Fabryka Słów zrobiła wznowienie i zebrała to w jedno, ja mam cztery osobne książki), dwa tomy "Zakonu Krańca świata" oraz zbiór opowiadań "Więzy Krwi", z którym organizowałam Book Tour.
Ponad to mamy jeszcze dwa tomy "Takeshiego" (niestety, tego nie zmogłam, ale to kwestia klimatu Japonii, który mi niezbyt odpowiadał), "Grillbar Galaktyka" (po który też jeszcze dopiero muszę sięgnąć) oraz "Ruda sfora" (niestety, też nie dałam rady) plus wystąpiła w kilku antologiach.
Ogólnie, mam do tej autorki prze ogromny sentyment, Daimon Frey na zawsze już pozostanie moją miłością i Aniołem Stróżem.
Dlatego serdecznie Was zachęcam, zapoznajcie się z Kossakowską, jej dorobek to pokaźny przekrój fantastyki i Sci-Fi, więc można coś dla siebie wybrać.
Polecam!
(Na zdjęciu brak trzech tomów "Bram Światłości", które są u kuzynki na wyporzyczeniu)
~ * ~
2. Marta Kisiel:
To druga rozciągnięta w czasie historia.
Pierwszą styczność z Martą Kisiel miałam około 5 lat temu przy okazji czytania "Nomen omen", które naprawdę mi się spodobało.
Później na dłuższy czas jakimś cudem o niej zapomniałam, choć teraz zachodzę w głowę: JAK?!
Choć ja wiem, jak. Wtedy jednocześnie studiowałam dziennie i pracowałam. To był czas, kiedy miałam mało, bardzo mało czasu na czytanie dla przyjemności i jeszcze mniej, by sprawdzać, co dana osoba jeszcze napisała.
Zwyczajnie autorka wypadła mi z głowy.
Dopiero w zeszłym roku, konkretnie z okazji moich dwudziestych siódmych urodzin nabyłam jej "Dożywocie" wraz z dodatkowym opowiadaniem "Szaławiła" oraz "Siłę niższą", choć teraz już nie do końca pamiętam jak sobie o Marcie Kisiel przypomniałam. Możliwe, że było to dzięki filmowi Czytacza ale ręki sobie uciąć nie dam.
Nie mniej, przeczytałam obie książki.
I co?
I przepadałam!
Pokochałam bezgranicznie słodkie i urocze Licho, Krakersa, Turu, nawet samego Konrada polubiłam.
Później we wrześniu 2018 roku zostało wydane "Małe Licho i tajemnica Niebożątka", a ja znów piałam z zachwytów, podobnie jak nad "Tonią" (kontynuacja "Nomen omen") i w następnym miesiącu nad zbiorem opowiadań "Pierwsze słowo" a w tym roku "Oczy uroczne" (właściwie bezpośrednio nawiązujące do "Szaławiły").
Poza tym można opowiadania autorki znaleźć w licznych antologiach, m. in. "Harda Horda" (serdecznie polecam!).
Marta Kisiel bawi się językiem tak zręcznie, że każda jej książka, każde opowiadanie jest jak wystawna uczta dla czytelnika.
To zręczne manewrowanie słowami, humor w takiej dawce, że brzuchy i szczęki Was ze śmiechu rozbolą, oraz absolutnie urzekający bohaterowie (Licho, Bożek, Bazyl, Oda! Mogłabym długo wymieniać) sprawiają, że nie chce się dzieł autorki odkładać.
Plus lekki styl autorki pozwala mknąć przez strony i nawet nie pomyśleć o hamulcach.
To są zdecydowanie książki do połknięcia w jeden dzień lub nawet popołudnie, zwłaszcza, że Marta Kisiel zamyka bogatą treść w stosunkowo niewielkiej ilości stron.
Poza tym, podobnie jak Kossakowska, Marta Kisiel to przemiła i niesamowicie sympatyczna osoba. Choć mamy za sobą tylko krótkie spotkanie na KTK to kontakt na Instagramie jest!
I liczę, że na tegorocznych targach w Krakowie też uda się z nią spotkać!
Zdecydowanie polecam!
PS. z lubimyczytać.pl dowiedziałam się, że ukaże się nowa cześć "Małego Licha", a widziałam też tytuł "Zombie Grey" planowane na końcówkę przyszłego roku. Czekam!
~ * ~
3. Aneta Jadowska:
Październik 2018.
Jadąc na Krakowskie Targi Książki wiedziałam, że jest taka autorka jak Aneta Jadowska, jednak jakoś nie zebrałam się, by cokolwiek jej przeczytać.
Na targach przechadzając się między stoiskami zobaczyłam, że mają promocję przy zakupie dwóch książek druga z rabatem. Zrobiłam szybkie rozeznanie, co mają i... chwilę później byłam już posiadaczką zbioru opowiadań "Dynia i Jemioła", który właśnie wtedy miał swoją premierą, a od którego zaczęła się moja przygoda z Jadowską.
O ile w przypadku Kossakowskiej i Kisiel szłam jak należy, chronologicznie, tak tu przyszłam można powiedzieć "na gotowe".
Nie żałuję jednak, że zaczęłam od "Dyni". Miałam tam okazję postać przekrój bohaterów i to pomogło mi zdecydować, o kim chcę czytać później.
Takim sposobem nabyłam dwutomowy cykl szamański o Witkacu (moja kolejna mega sympatia), którego przeczytałam część 2 a 1 jeszcze nie...
Później zakupiłam zbiór opowiadań "Ropuszki", a gdy go przeczytałam, doszłam do wniosku, że nie ma bata, muszę nadrobić cały cykl o Dorze Wilk.
I to było najzabawniejsze nadrabianie cyklu ever.
Najpierw (wiedząc, że nadchodzi premiera nowej części), wypożyczyłam z biblioteki trzy pierwsze tomy.
Dlaczego tylko trzy, skoro cykl ma ich sześć?
Po pierwsze, ktoś wtedy wypożyczył tom 5, więc nie było całości. Po drugie, ja wtedy brałam coś jeszcze a w mojej bibliotece wojewódzkiej można mieć jednocześnie wypożyczonych 5 pozycji (o ile nic się nie zmieniło).
Trzy pierwsze przeczytałam, byłam nimi zachwycona i jak wariatka cieszyłam się z odnajdywanych powiązaniań z "Ropuszkami", czy "Dynią".
Niestety, kolejnych trzech nijak wypożyczyć nie mogłam, bo tom 5 nadal u kogoś był. A w miejskich bibliotekach brak, tak samo jak na Legimi.
Wierzcie mi, byłam zdecydowana po prostu te trzy części kupić, jednak wyjazd, do którego się w tedy przygotowywałam skutecznie mi to uniemożliwił.
Jednocześnie niemal na Legimi pojawiła się owa nowinka, "Dzikie dziecko miłości", co mnie niejako uratowało, bo bookbox, który zamówiłam miał opóźnienie i gdyby nie Legimi nie byłabym w stanie przeczytać tej części przed czerwcem.
I tak, chronologię szag trafił, choć w tym momencie już zupełnie się nią nie przejmowałam. "DDM" przeczytałam, byłam nim zachwycona, choć wiedziałam, że co nieco mi umyka. A potem, gdy w końcu nadrobiłam te nieszczęsne trzy kolejne tomy cyklu, to już byłam w domu!
Dodajmy do tego, że Jadowska wystąpiła w kilku antologiach (m. in. wspomniana już "Harda Horda"), ma też na swoim koncie kryminał "Trup na plaży" (który mam jeszcze do przeczytania).
Napisała jeszcze cykl o Nikicie (ma on obecnie trzy tomy), którego nie tknęłam. Niestety, jakoś mnie ta dziewczyna nie przekonuje, ale kto wie, gdy zatęsknię za autorką możliwe, że w końcu przemogę się i do tego cyklu.
I znów powraca pytanie: dlaczego Aneta Jadowska?
Kochani, pamiętacie jak mówiłam, że Kossakowska mistrzowsko łączyła wierzenia i mitologie? Jadowska robi to samo, tylko z motywami fantastyki.
U niej będziecie mieli wszystko: anioły, diabły, demony, wilki (wilkołaki), wampiry, wiedźmy przeróżnych rodzajów, elfy i masę znanych fantastyce stworzeń. I to wszystko zmieszane, umiejscowione w alternatywnej Polsce, podane w niesamowicie kolorowej i obłędnie smakującej formie, doprawionej dużą dozą humoru.
Niech sam za siebie przemówi fakt, że ja czytałam książki mające około 500 stron w jeden dzień. Je się połyka. Autorka pisze lekko, dzięki czemu czytelnik wręcz płynie przez tekst. Dodatkowo historia wciąga tak mocno, że naprawdę musiałam się mocno wysilać, by przerwać czytanie.
No i bohaterowie. Dostajemy taki wachlarz charakterystycznych i nietuzinkowych postaci, że każdy może wybrać swojego ulubieńca, bądź ulubienicę (nawet nie będę próbowała wskazywać konkretnych imion). Albo kogoś, na kim będzie wieszał psy (no offence dla wilków).
Przy tym cudowne jest to, że autorka nie przesadza z mocami bohaterów, mimo że w pewnym momencie było o to łatwo.
Podobnie jak Kossakowską i Kisiel, udało mi się spotkać z Anetą Jadowską na żywo i po raz kolejny: to kobieta niezwykle serdeczna i ogromnym sercu!
Bardzo liczę, że jeszcze uda mi się z nią zobaczyć!
Polecam, nie zawiedziecie się!
~ * ~
4. Martyna Raduchowska:
I ostatnia już z autorek, o których chcę powiedzieć.
O Martynie Rauchowskiej usłyszałam dzięki Strefie Czytacza, który przedstawiał oba jej cykle. I znowu, troszkę czasu potrzebowałam, by w ogóle się za nią zabrać.
Wracamy do Krakowskich Targów Książki 2018.
Pamiętacie, kupiłam wtedy też pierwszą książkę Jadowskiej. Tak się składa, że Rdauchowskiej nabyłam dwie.
Pierwsza z nich, "Szamanka od umarlaków" czekała około miesiąca, nim po nią sięgnęłam.
I wtedy to się zaczęło!
Jest magia, suspens, jest zagadka i dziewczyna, która ma Pecha, dosłownie i w przenośni! Ale o tym już wam opowiadałam .
Po "Szamance..." dorwałam się do "Demona Luster", który tylko wzmógł mój apetyt. Oj, bo intryga ściele się tam gęsto!
I kurczę jest coś w glownej bohaterce takiego, że od samego początku ją polubiłam. Nie wszystkie decyzje i zachowania pochwalałam, ale Idę da się lubić!
W tym roku ma wyjść część trzecia, na którą bardzo czekam, zwłaszcza, że mój apetyt autorka zaostrzyła opowiadaniem w "Hardej Hordzie" (jakbyście zapomnieli - polecam!).
Bardzo dobre opinie zbiera też jej drugi cykl, "Łzy Mai" i "Spectrum". Niestety, choć styl autorki jest bardzo mi miły i przyjemny, to jak jak u Kossakowskiej z "Takeshim" - próbowałam, ale klimat nie mój.
Mogę oglądać filmy Sci-Fi, ale książki mi nie podchodzą.
Ale nigdy nie mów nigdy, możliwe, że kiedyś się przekonam, jak i do Nikity.
Niestety tej autorki osobiście poznać mi się nie udało, mam jednak wielką nadzieję, że na tegorocznych targach w Krakowie się to zmieni!
Po raz czwarty- polecam!
~ * ~
I to są polskie autorki, które mają szczególne miejsce w moim serduszku.
Ktoś może się dziwić że nie podałam tu chociażby Miszczuk, której książki też lubię, jednak w moim odczuciu warsztat pisarski wspomnianych wyżej autorek jest na mistrzowskim poziomie.
Myślałam jeszcze nad Martą Krajewską, która też bardzo dobrze pisze, jednak zabrakło mi tego czegoś, co pojawiło się w przypadku wymienionych wyżej pań.
Mogłabym tu jeszcze wymieniać zagraniczne jak Alice Broadway, której cykl mnie urzekł, o A G Howard, która oczarowała mnie swoją wizją Krainy Czarów, jednak zależało mi, jak wspomniałam, by pokazać, że polscy autorzy też są świetni!
Każdy zapytany o polskiego autora fantastyki wymieniłby Sapkowskiego, może Piekarę, czy Pilipiuka, Ćwieka albo Grzędowycza. I super!
A te damy, o których opowiedziałam zdecydowanie zasługują na swoje szczególne miejsce, bo są niezwykle utalentowanymi pisarkami i pozwolę sobie dodać - wspaniałymi kobietami.
Więc, drogie autorki, chylę czoła, macie we mnie fankę i bardzo czekam na Wasze kolejne książki!
Ok, a czy Wy znaliście te panie?
Dajcie znać, z którą z autorek, o których mówiłam już się zetknęliście, jakie mieliście odczucia?
Jestem bardzo ciekawa!
I oczywiście, wpadajcie na mój Instagram, oraz, ta da! Twitter!
Do zobaczenia!
poniedziałek, 6 maja 2019
31. Podróż do Wilczej Doliny Marty Krajewskiej
Muszę zacząć od wyznania.
Zupełnie wypadło mi z głowy, by opowiedzieć Wam tu o dwóch częściach słowiańskiego cyklu, który już jakiś czas temu miałam okazję przeczytać.
Wyrzuty mam tym większe, że ten cykl jest naprawdę godny polecenia.
Jednak nic straconego, zaraz to nadrobię!
Zapraszam Was do Wilczej Doliny!
Mnie to bardzo, bardzo cieszy!
Zupełnie wypadło mi z głowy, by opowiedzieć Wam tu o dwóch częściach słowiańskiego cyklu, który już jakiś czas temu miałam okazję przeczytać.
Wyrzuty mam tym większe, że ten cykl jest naprawdę godny polecenia.
Jednak nic straconego, zaraz to nadrobię!
Zapraszam Was do Wilczej Doliny!
To dwie piękności od wydawnictwa Genius Creations z 2016 i 2017 roku.
Autorka funduje nam niesamowitą podróż do pozornie spokojniej, górskiej wioski w nienazwanym, pełnym słowiańskich wierzeń świecie.
Pozornie, bo wioska ta, nawiedzana przez różnego rodzaju stworzenia, potrzebuje obrońcy.
Co jednak zrobić, gdy opiekun ginie nie wyznaczając na dobrą sprawę swojego następcy?
Czy młoda, pełna przekory dziewczyna da sobie radę z nowymi, bez wątpienia trudnymi obowiązkami?
Gorąco zachęcam do sprawdzenia w książkach!
Seria oczarowała mnie w pierwszej kolejności niesamowicie dobrym i lekkim językiem, a zaraz później całą grupą świetnie wykreowanych bohaterów.
Mieszkańcy wioski są dokładnie tacy, jacy powinni być, prostoduszni i szczerzy.
A para głównych bohaterów?
Powiem Wam, że osobiście byłam nimi zachwycona!
Co jednak było najlepsze, to emocje, jakie wzbudzali zarówno bohaterowie i relacje między nimi, a nade wszystko ich ewolucja na przestrzeni obu tomów.
Spotkamy tu takich, których pokochamy, ale takich, ktorzy od samego początku będą nas irytować.
Nie można jednak umniejszyć roli misternie utkanych intryg, sekretów i półprawd.
Każdy kolejno ukazywany element rozjaśnia obraz i sprawia, że do końca nie jesteśmy pewni, czego się spodziewać.
Wieszajmy w to mitologię słowiańską, bogów oraz nadprzyrodzone stworzenia i mamy finalny produkt w postaci niesamowicie wciągającej historii.
Wisienką na torcie jest pokazany przez autorkę obraz, jak ludzie cudownie mogą żyć w harmonii z naturą i jej rok rocznym cyklem. Osobiście, mnie momenty z opisami por roku i zmianami jakie w ich trakcie następują w życiu wioski działały niesamowicie uspokajająco.
I wybaczcie mi, muszę słowem wspomnieć o końcówce.
Mam po nim 99% pewności, że będzie trzeci tom!
A może odwiedziliście już Wilczą Dolinę?
Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, jakie macie odczucia!
Niezmiennie zapraszam Was też na mój Instagram!
Do zobaczenia!
środa, 10 kwietnia 2019
30. "Cienie Nowego Orleanu" M. Lewandowski
Zamawiając książkę, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, robiłam to niemalże całkiem w ciemno.
Wiedziałam jedynie, że napisał ją Maciej Lewandowski i to tyle informacji, jakie miałam o autorze. No i, że będzie to kryminał.
Oraz, że podoba mi się tytuł.
Oraz, że podoba mi się tytuł.
Dość skąpa wiedza.
I co?
A zaraz Wam opowiem, bo jest o czym!
Poznajcie: "Cienie Nowego Orleanu".
Ameryka lat 20' minionego wieku. Czasy prohibicji i wciąż dogasającej segregacji rasowej.
Porucznik Legrasse z policji Nowego Orleanu podczas jednej z akcji trafia na coś, co budzi uśpione od dawna demony.
I to nie tylko te w głowie policjanta, ale i w rzeczywistości.
Mimo licznych sugestii oraz ostrzeżeń Legrasse nie ma jednak zamiaru odpuścić, zdeterminowany, by tym razem do końca rozwikłać ciążącą mu tajemnicę.
Co ostatecznie odkryje Legrasse?
Czy prawda będzie warta ceny, jaką przyjdzie mu zapłacić?
Koniecznie sprawdźcie sami w książce!
Pamiętacie, na początku mówiłam, że ta pozycja była dla mnie niewiadomą.
Jak się okazało, mój instynkt nie zawiódł!
Od pierwszych stron jesteśmy wyciągnięci w wir wydarzeń.
Duszny, kolorowy, pełen kontrastów Nowy Orlean wchłania czytelnika i nie chce wypuścić ze swoich objęć.
Towarzyszymy Legrassowi w różnych parszywych miejscach, razem z nim doświadczamy strachu, bólu i poznajemy to, co dla racjonalnego umysłu jest nie do pojęcia.
Czytelnikowi udzielają się wszystkie emocje bohatera zwłaszcza, że sam Legrasse wzbudza sympatię.
Osobiście bardzo mu kibicowałam i do samego końca trzymałam kciuki, by nic mu się nie stało, co wcale nie było takie oczywiste.
A skoro już o tym mowa:
Paleta postaci jest tak niesamowicie barwna! A co najważniejsze, to postacie żywe, których losy wywołują w czytelniku autentyczne emocje.
Czytając "Cienie Nowego Orleanu" ja osobiście miałam przyjemne skojarzenie z jedną częścią cyklu "Upiór południa" Mai Lidii Kossakowskiej, co zdecydowanie jest plusem.
Podsumowując:
Historia napisana bardzo dobrze, lekkim, obrazowym językiem, z opisami, które nie raz wywołają ciarki na plecach.
Zdecydowanie wciąga i dostarcza mnóstwo rozrywki.
Fabuła jest nieoczywista, teoretycznie mamy podanego antagonistę, ale... no właśnie.
Zakończenie wprawia mocno w zaskoczenie.
Zdecydowanie pozycję polecam!
Czytaliście już "Cienie"?
Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, jakie macie odczucia!
Niezmiennie zapraszam Was też na mój Instagram!
Do zobaczenia!
środa, 3 kwietnia 2019
29."Alyssa i..." - A. G. Howard, czyli Kraina Czarów wita!
Przyznam się Wam szczerze, że ani nie czytałam "Alicji w Krainie Czarów" Carrolla, ani nie obejrzałam w całości disneyowskiej adaptacji.
Historię oczywiście znam, ale ogólnie, z różnych bardziej okrojonych wersji.
No i ekranizację Burtona widziałam. Pierwszą z nich.
I wiecie co?
Chyba sięgnę po oryginał.
Ale przenieśmy się na moment w czasie do zeszłorocznych wakacji.
Wtedy jeszcze mnie na bookstagramie nie było, choć już gdzieś mi ten pomysł w głowie kiełkował. Na kanale Strefa Czytacza pojawiła się recenzja książki, która mocno mnie zaintrygowała, ale miała premierę zbyt blisko moich urodzin, bym pomyślała o umieszczeniu jej na swojej książkowej liście życzeń.
Od czego są jednak matki chrzestne?
I tak dzięki mojej weszłam w posiadanie pozycji, która jednak swoje na przeczytanie odczekała.
Wtedy jakoś nie doszło do mnie, że będą kolejne części.
Wyobraźcie sobie zatem moją radość, gdy kilka dni po tym jak odkryłam że kontynuacja jest, ale tylko po angielsku (byłam gotowa i tak ją kupić), wydawnictwo Uroboros podzieliło się informacją, że jedna z następnych części będzie u nich wydana po polsku!
No dobra, Serafin, ale o czym ty w ogóle mówisz?
A no, mili moi: Zapoznajcie się z Alyssą!
Alyssa Gardner to typowo nietypowa amerykańska nastolatka.
Ubiera się po swojemu, po swojemu myśli i tworzy, jest bowiem początkującą artystką. Jednak poza standardowymi problemami młodego człowieka ma jeszcze kilka sekretów.
Jak na przykład bycie potomkinią TEJ Alicji.
Chcąc bronić swoją rodzinę, a szczególnie matkę, podejmuje się podróży do - kto by się spodziewał - Krainy Czarów.
Czy dziewczyna ochroni swoich najbliższych?
Kim jest tajemniczy chłopiec ze skrzydłami, który nawiedzał jej sny?
Jaka okaże się Kraina Czarów i co czeka w niej Ali?
Odpowiedzi znajdziecie w pierwszej części cyklu: "Alyssa i czary".
~ * ~
Po powrocie do świata śmiertelników i odzyskaniu rodziny, życie bohaterki toczy się spokojnie. Alyssa i jej obecnie już chłopak przygotowują się do rozpoczęcia samodzielnego życia poza Ameryką.
Jednak wydarzenia jakie miały miejsce w Krainie Czarów niosą za sobą dalsze konsekwencje i choć dziewczyna bardzo chce o wszystkim zapomnieć, jej drugi dom bardzo gwałtownie o sobie przypomina.
Tym razem jednak z przeciwnikiem dziewczynie przyjdzie walczyć w realnym świecie.
Na jaw wyjdą długo skrywane tajemnice i sekrety rodzinne, a mówione półprawdy przestaną wystarczyć.
Które z uczuć będzie w Alyssie silniejsze?
Co tak naprawdę kryje historia jej rodziców?
I komu dziewczyna może ufać?
Zapraszam w objęcia "Alyssy i obłędu"!
~ * ~
Kochani, cykl o Alyssie to dla mnie osobiście typowy przykład, że w czytaniu należy być cierpliwym i wytrwałym.
Dlaczego?
Bo w obu częściach pierwsze około 100 stron to taka rozbiegówka, którą trzeba przetrzymać.
Może ktoś to odbierze inaczej, ale mnie najbardziej obie książki wciągnęły właśnie po mniej-więcej takiej ilości stron.
Ale zdecydowanie warto!
Akcja ma naprawdę dobre tempo, a intrygi, jakie autorka uknuła sprawiają, że czytelnik tak łatwo się nie znudzi.
Ubiera się po swojemu, po swojemu myśli i tworzy, jest bowiem początkującą artystką. Jednak poza standardowymi problemami młodego człowieka ma jeszcze kilka sekretów.
Jak na przykład bycie potomkinią TEJ Alicji.
Chcąc bronić swoją rodzinę, a szczególnie matkę, podejmuje się podróży do - kto by się spodziewał - Krainy Czarów.
Czy dziewczyna ochroni swoich najbliższych?
Kim jest tajemniczy chłopiec ze skrzydłami, który nawiedzał jej sny?
Jaka okaże się Kraina Czarów i co czeka w niej Ali?
Odpowiedzi znajdziecie w pierwszej części cyklu: "Alyssa i czary".
~ * ~
Po powrocie do świata śmiertelników i odzyskaniu rodziny, życie bohaterki toczy się spokojnie. Alyssa i jej obecnie już chłopak przygotowują się do rozpoczęcia samodzielnego życia poza Ameryką.
Jednak wydarzenia jakie miały miejsce w Krainie Czarów niosą za sobą dalsze konsekwencje i choć dziewczyna bardzo chce o wszystkim zapomnieć, jej drugi dom bardzo gwałtownie o sobie przypomina.
Tym razem jednak z przeciwnikiem dziewczynie przyjdzie walczyć w realnym świecie.
Na jaw wyjdą długo skrywane tajemnice i sekrety rodzinne, a mówione półprawdy przestaną wystarczyć.
Które z uczuć będzie w Alyssie silniejsze?
Co tak naprawdę kryje historia jej rodziców?
I komu dziewczyna może ufać?
Zapraszam w objęcia "Alyssy i obłędu"!
~ * ~
Kochani, cykl o Alyssie to dla mnie osobiście typowy przykład, że w czytaniu należy być cierpliwym i wytrwałym.
Dlaczego?
Bo w obu częściach pierwsze około 100 stron to taka rozbiegówka, którą trzeba przetrzymać.
Może ktoś to odbierze inaczej, ale mnie najbardziej obie książki wciągnęły właśnie po mniej-więcej takiej ilości stron.
Ale zdecydowanie warto!
Akcja ma naprawdę dobre tempo, a intrygi, jakie autorka uknuła sprawiają, że czytelnik tak łatwo się nie znudzi.
Dodatkowo sposób dozowania i odkrywania kawałek po kawałku całej zawiłej historii tylko nadają książce smaku.
Najbardziej widać to właśnie w "Alyssie i obłęd".
Na jaw wychodzą tajemnice i sprawy, które rodzice Ali chcieli zamieść pod dywan, a którym dziewczyna, z pomocą swojego magicznego towarzysza musi stawić czoła.
I czasem zachowanie, zwłaszcza Alyssy może irytować, ale mimo wszystko to postać, którą zdecydowanie da się lubić.
I nawet obecny trójkąt między głównymi bohaterami nie przeszkadza, a wręcz jest intrygujący.
Napięcie w moim odczuciu jest dobrze budowane, a relacje między bohaterami bardzo żywe i ciekawie rozegrane.
Mamy poza wspomnianym trójkątem kwestię więzi rodzice - córka, a zwłaszcza matka - córka.
Całość prowadzi nas do mało oczywistego końca, po którym aż chce się sięgnąć po część kolejną!
Bohaterów się kocha, bohaterom się kibicuje i trzyma za nich kciuki.
No i cała kreacja Krainy Czarów i połączeń ze światem śmiertelnych, to naprawdę majstersztyk.
Najbardziej widać to właśnie w "Alyssie i obłęd".
Na jaw wychodzą tajemnice i sprawy, które rodzice Ali chcieli zamieść pod dywan, a którym dziewczyna, z pomocą swojego magicznego towarzysza musi stawić czoła.
I czasem zachowanie, zwłaszcza Alyssy może irytować, ale mimo wszystko to postać, którą zdecydowanie da się lubić.
I nawet obecny trójkąt między głównymi bohaterami nie przeszkadza, a wręcz jest intrygujący.
Napięcie w moim odczuciu jest dobrze budowane, a relacje między bohaterami bardzo żywe i ciekawie rozegrane.
Mamy poza wspomnianym trójkątem kwestię więzi rodzice - córka, a zwłaszcza matka - córka.
Całość prowadzi nas do mało oczywistego końca, po którym aż chce się sięgnąć po część kolejną!
Bohaterów się kocha, bohaterom się kibicuje i trzyma za nich kciuki.
No i cała kreacja Krainy Czarów i połączeń ze światem śmiertelnych, to naprawdę majstersztyk.
Podsumowując: Polecam "Alyssę" zarówno fanom "Alicji" jak i tym, którzy za nią nie przepadają.
Zdecydowanie warto po nią sięgnąć i dać się oczarować!
Dajcie koniecznie znać, jeśli którąś "Alyssę" już czytaliście, podzielcie się wrażeniami!
I koniecznie zajrzyjcie na mój Instagram!
Do zobaczenia!
Zdecydowanie warto po nią sięgnąć i dać się oczarować!
Dajcie koniecznie znać, jeśli którąś "Alyssę" już czytaliście, podzielcie się wrażeniami!
I koniecznie zajrzyjcie na mój Instagram!
Do zobaczenia!
niedziela, 31 marca 2019
28. "Substancja" - K. Kloc-Muniak
Choć na moich półkach nie brakuje nieprzeczytanych książek, to bookatagram wciąż dostarcza mi nowych tytułów, po które warto sięgnąć.
Z początku, gdy na profilach innych widziałam pozycję o której chcę Wam dzisiaj powiedzieć, nie zwróciłam na nią jakiejś wielkiej uwagi.
Nie jestem wielką fanką thrillerów medycznych, a z takim gatunkiem mamy tu do czynienia.
I zabijcie mnie, nie pamiętam, jak to się stało, że wpadłam na profil autorki, który zaczęłam obserwować.
W końcu stwierdziłam - nie, tak być nie może. Trzeba w końcu to przeczytać, zobaczyć, o co chodzi, nad czym inni tak "pieją".
No i przeczytałam.
Przedstawiam: "Substancję".
Wydana przez Novae Res w sierpniu 2018 roku (Psst, według lubimyczytac.pl dokładnie w moje urodziny. Przypadek?)
Historia zaczyna się od trupa wypadającego z okna podczas mocno zakrapianej imprezy studenckiej.
Mocne?
Ale pomału.
Dwójka studentów śląskiego uniwersytetu medycznego, Adam i Maciej, zakłada koło naukowe, do którego z czasem dołącza jeszcze czwórka osób: Klaudia, Tomasz, Daniel i najmłodsza z nich wszystkich - Julia.
Czym jest tytułowa substancja?
Kto tak na prawdę jest tu tym "złym"?
I jak potoczą się losy członków koła naukowego?
Odpowiedzi szukajcie w książce!
Jak już wcześniej wspominałam, dużo wody musiało upłynąć, nim w całości przeczytałam "Substancję".
I absolutnie nie żałuję.
Fakt, czasem nie do końca rozumiałam zachowanie bohaterów, swoją drogą całkiem dobrze zbudowanych, jednak akcja była niezwykle wartka i ciekawa.
Autorka bardzo dobitnie pokazuje, co się dzieje, gdy nasze dążenia i wręcz już chore ambicje przesłaniają nam wszystko inne.
Osobiście dość szybko domyśliłam się, co było przyczyną problemów, jakie spadły na członków koła naukowego. W żadnym wypadku nie zepsuło mi to jednak przyjemności czytania.
Do samego końca byłam zaintrygowana, jak ta cała sytuacja się rozwinie i ostatecznie skończy.
Czy byłam usatysfakcjonowana?
Zaraz po skończeniu "Substancji" owszem. Jednak nieopatrznie zerknęłam na początek chronologicznie części kolejnej, a pierwszej wydanej książki pani Klaudii, czyli "Gdybym jej uwierzył".
I moja wewnętrzna romantyczka ciut się zbuntowała.
Ale o tym cicho-sza.
Będę chciała nadrobić i tą pozycję, by mieć już spojrzenie na całość, dopiero się wypowiem.
Generalnie jednak, sama "Substancja" niewątpliwie wciąga i jak na drugą książkę autorki, moim zdaniem jest naprawdę dobra.
Napiszcie koniecznie, czy słyszeliście już o tej pozycji, a może już macie ją przeczytaną?
Zgadzacie się z moją opinią, czy nie do końca?
Czekam na Wasze komentarze i niezmiennie zapraszam Was na mój Instagram!
A już jutro kolejna, tym razem duża recenzja!
Do zobaczenia!
Z początku, gdy na profilach innych widziałam pozycję o której chcę Wam dzisiaj powiedzieć, nie zwróciłam na nią jakiejś wielkiej uwagi.
Nie jestem wielką fanką thrillerów medycznych, a z takim gatunkiem mamy tu do czynienia.
I zabijcie mnie, nie pamiętam, jak to się stało, że wpadłam na profil autorki, który zaczęłam obserwować.
W końcu stwierdziłam - nie, tak być nie może. Trzeba w końcu to przeczytać, zobaczyć, o co chodzi, nad czym inni tak "pieją".
No i przeczytałam.
Przedstawiam: "Substancję".
Wydana przez Novae Res w sierpniu 2018 roku (Psst, według lubimyczytac.pl dokładnie w moje urodziny. Przypadek?)
Historia zaczyna się od trupa wypadającego z okna podczas mocno zakrapianej imprezy studenckiej.
Mocne?
Ale pomału.
Dwójka studentów śląskiego uniwersytetu medycznego, Adam i Maciej, zakłada koło naukowe, do którego z czasem dołącza jeszcze czwórka osób: Klaudia, Tomasz, Daniel i najmłodsza z nich wszystkich - Julia.
Przyświeca im szczytny cel: opracować lek nowej generacji, mający zrewolucjonizować medycynę.
Zjednoczone wysiłki studentów medycyny i biotechnologii zaczynają przynosić zaskakująco dobre skutki.
To zaś sprawia, że apetyt na sukcesy naszych młodych naukowców rośną. A razem z nim przychodzą problemy.
Lek, który wynaleźli pokazuje efekty, które mają zauważyć na życiach ich wszystkich.
To zaś sprawia, że apetyt na sukcesy naszych młodych naukowców rośną. A razem z nim przychodzą problemy.
Lek, który wynaleźli pokazuje efekty, które mają zauważyć na życiach ich wszystkich.
Czym jest tytułowa substancja?
Kto tak na prawdę jest tu tym "złym"?
I jak potoczą się losy członków koła naukowego?
Odpowiedzi szukajcie w książce!
Jak już wcześniej wspominałam, dużo wody musiało upłynąć, nim w całości przeczytałam "Substancję".
I absolutnie nie żałuję.
Fakt, czasem nie do końca rozumiałam zachowanie bohaterów, swoją drogą całkiem dobrze zbudowanych, jednak akcja była niezwykle wartka i ciekawa.
Autorka bardzo dobitnie pokazuje, co się dzieje, gdy nasze dążenia i wręcz już chore ambicje przesłaniają nam wszystko inne.
Osobiście dość szybko domyśliłam się, co było przyczyną problemów, jakie spadły na członków koła naukowego. W żadnym wypadku nie zepsuło mi to jednak przyjemności czytania.
Do samego końca byłam zaintrygowana, jak ta cała sytuacja się rozwinie i ostatecznie skończy.
Czy byłam usatysfakcjonowana?
Zaraz po skończeniu "Substancji" owszem. Jednak nieopatrznie zerknęłam na początek chronologicznie części kolejnej, a pierwszej wydanej książki pani Klaudii, czyli "Gdybym jej uwierzył".
I moja wewnętrzna romantyczka ciut się zbuntowała.
Ale o tym cicho-sza.
Będę chciała nadrobić i tą pozycję, by mieć już spojrzenie na całość, dopiero się wypowiem.
Generalnie jednak, sama "Substancja" niewątpliwie wciąga i jak na drugą książkę autorki, moim zdaniem jest naprawdę dobra.
Napiszcie koniecznie, czy słyszeliście już o tej pozycji, a może już macie ją przeczytaną?
Zgadzacie się z moją opinią, czy nie do końca?
Czekam na Wasze komentarze i niezmiennie zapraszam Was na mój Instagram!
A już jutro kolejna, tym razem duża recenzja!
Do zobaczenia!
środa, 20 marca 2019
27. "Oczy uroczne" - M. Kisiel
Kto już jakiś czas ze mną jest ten wie, że ja Martę Kisiel uwielbiam.
Możecie u mnie znaleźć recenzję "Małe Licho i tajemnica Niebożątka", a także zbioru opowiadań "Pierwsze słowo".
A choć cykl "Nomen omen" i "Toń" bardzo lubię, moje serce całkiem skradł cykl "Dożywocie", na który składa się "Dożywocie" właśnie z opowiadaniem "Szaławiła" (to sobie zapamiętajcie), "Siła Niższa" oraz wcześniej wspomniane "Małe Licho".
Dlatego piskiem szczęścia powitałam wiadomość, że w marcu tego roku autorka ma zamiar wydać kolejną część tego ukochanego przeze mnie cyklu.
A gdy jeszcze wydawnictwo Uroboros dało mi szansę jej zrecenzowania, byłam w Siódmym Niebie!
Dlatego już nie przedłużając, przedstawiam: "Oczy uroczne".
Mówiłam, żeby zapamiętać o "Szaławile"? No właśnie.
Odzie Kręciszewskiej, lekarce z zawodu i powołania, wydaje się, że w końcu znalazła swoje miejsce na ziemi.
Po licznych perturbacjach, w końcu osiadła. Ma dającą satysfakcję pracę, własny dom, psa oraz... czorta.
Dodatkowo przyjaciela płanetnika, niezwykły dar wpadania w kłopoty oraz kryzys osobowości do zażegnania.
Nie tylko swój.
Muszę dodawać, że sama nie jest człowiekiem?
A to wszystko w czas przesilenia zimowego, który ewidentnie jest czasem złym.
Uporządkowany świat Ody porywa lawina chaosu, a demony przeszłości wyciągają po nią swe szponiaste łapy.
Wtedy jednak, pomoc przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.
Co tu dużo mówić.
Peanów na cześć Marty Kisiel ciąg dalszy!
Gdy tylko dowiedziałam się o "Oczach urocznych" już wiedziałam, że to będzie dobre.
Mając książkę już w łapkach, po kilku pierwszych stronach byłam PEWNA, że to będzie dobre.
"Oczy uroczne" to bardzo dobrze przemyślana opowieść. Autorka sprytnie miesza momenty komiczne (Bazyl moim mistrzem) z bardziej refleksyjnymi.
Humor pierwsza klasa, aż momentami głupio było mi czytać jadąc komunikacją miejską, bo co trochę musiałam powstrzymywać salwy śmiechu.
Udało jej się nawet! dać małego kuksańca autoszczepionkowcom! Czapki z głów!
O stylu nawet nie będę wspominać. To, jak pani Marta bawi się językiem i co nam prezentuje jest istnym majstersztykiem!
No i nasi bohaterowie!
Poza lekarzem Krzysiem właściwie nie ma postaci, która by irytowała, denerwowała, czy w jakiś sposób negatywnie wpływała na moje uzębienie.
Wręcz przeciwnie!
Z każdą z nich ma się ochotę zapoznać i zaprzyjaźnić (szczególnie z Bazylkiem, choć już słyszę jego gderanie).
Ta książka to esencja dobrej powieści. Jest ciekawa akcja. Opisy bardzo malownicze, a dialogi naturalne.
Brak dłużyzn, zbędnych wątków...
W moim odczuciu - nie stwierdzono wad.
Tak, jak od samego początku pokochałam mieszkańców starej Lichotki (moje małe Liszko!), taką samą sympatią zapałałam do mieszkańców domku postawionego na jej gruzach.
Książkę pochłonęłam w dwa popołudnia, a skończywszy, pierwszym co mi przyszło do głowy było "Wow!".
A zaraz później: "Ale... to już? Koniec?"
Więc z całego mojego Serafińskiego serduszka Wam "Oczy uroczne" polecam, jak i inne pozycje od Marty Kisiel!
A jeśli już czytaliście, koniecznie dajcie mi znać w komentarzu, jakie Wy mieliście wrażenia!
Niezmiennie też zapraszam Was na mój Instagram!
Do zobaczenia!
Możecie u mnie znaleźć recenzję "Małe Licho i tajemnica Niebożątka", a także zbioru opowiadań "Pierwsze słowo".
A choć cykl "Nomen omen" i "Toń" bardzo lubię, moje serce całkiem skradł cykl "Dożywocie", na który składa się "Dożywocie" właśnie z opowiadaniem "Szaławiła" (to sobie zapamiętajcie), "Siła Niższa" oraz wcześniej wspomniane "Małe Licho".
Dlatego piskiem szczęścia powitałam wiadomość, że w marcu tego roku autorka ma zamiar wydać kolejną część tego ukochanego przeze mnie cyklu.
A gdy jeszcze wydawnictwo Uroboros dało mi szansę jej zrecenzowania, byłam w Siódmym Niebie!
Dlatego już nie przedłużając, przedstawiam: "Oczy uroczne".
Mówiłam, żeby zapamiętać o "Szaławile"? No właśnie.
Odzie Kręciszewskiej, lekarce z zawodu i powołania, wydaje się, że w końcu znalazła swoje miejsce na ziemi.
Po licznych perturbacjach, w końcu osiadła. Ma dającą satysfakcję pracę, własny dom, psa oraz... czorta.
Dodatkowo przyjaciela płanetnika, niezwykły dar wpadania w kłopoty oraz kryzys osobowości do zażegnania.
Nie tylko swój.
Muszę dodawać, że sama nie jest człowiekiem?
A to wszystko w czas przesilenia zimowego, który ewidentnie jest czasem złym.
Uporządkowany świat Ody porywa lawina chaosu, a demony przeszłości wyciągają po nią swe szponiaste łapy.
Wtedy jednak, pomoc przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.
Co tu dużo mówić.
Peanów na cześć Marty Kisiel ciąg dalszy!
Gdy tylko dowiedziałam się o "Oczach urocznych" już wiedziałam, że to będzie dobre.
Mając książkę już w łapkach, po kilku pierwszych stronach byłam PEWNA, że to będzie dobre.
"Oczy uroczne" to bardzo dobrze przemyślana opowieść. Autorka sprytnie miesza momenty komiczne (Bazyl moim mistrzem) z bardziej refleksyjnymi.
Humor pierwsza klasa, aż momentami głupio było mi czytać jadąc komunikacją miejską, bo co trochę musiałam powstrzymywać salwy śmiechu.
Udało jej się nawet! dać małego kuksańca autoszczepionkowcom! Czapki z głów!
O stylu nawet nie będę wspominać. To, jak pani Marta bawi się językiem i co nam prezentuje jest istnym majstersztykiem!
No i nasi bohaterowie!
Poza lekarzem Krzysiem właściwie nie ma postaci, która by irytowała, denerwowała, czy w jakiś sposób negatywnie wpływała na moje uzębienie.
Wręcz przeciwnie!
Z każdą z nich ma się ochotę zapoznać i zaprzyjaźnić (szczególnie z Bazylkiem, choć już słyszę jego gderanie).
Ta książka to esencja dobrej powieści. Jest ciekawa akcja. Opisy bardzo malownicze, a dialogi naturalne.
Brak dłużyzn, zbędnych wątków...
W moim odczuciu - nie stwierdzono wad.
Tak, jak od samego początku pokochałam mieszkańców starej Lichotki (moje małe Liszko!), taką samą sympatią zapałałam do mieszkańców domku postawionego na jej gruzach.
Książkę pochłonęłam w dwa popołudnia, a skończywszy, pierwszym co mi przyszło do głowy było "Wow!".
A zaraz później: "Ale... to już? Koniec?"
Więc z całego mojego Serafińskiego serduszka Wam "Oczy uroczne" polecam, jak i inne pozycje od Marty Kisiel!
A jeśli już czytaliście, koniecznie dajcie mi znać w komentarzu, jakie Wy mieliście wrażenia!
Niezmiennie też zapraszam Was na mój Instagram!
Do zobaczenia!
poniedziałek, 11 marca 2019
26. "Wiedźma" - A. Sokalska
O tej książce już od jakiegoś czasu było głośno na bookstagramie.
Nie jedna osoba polecała, zachęcała do przeczytania.
Więc gdy tylko zobaczyłam, że jest dostępna na Legimi, nie czekałam ani chwili dłużej.
A o co chodzi?
Przedstawiam: "Wiedźmę".
Ukazała się nakładem wydawnictwa Lira w lutym tego roku, jako pierwszy tom cyklu "Opowieści z Wieloświata".
Jasna to z pozoru prosta, cicha i uboga dziewczyna. Razem z rodzicami i starszą siostrą ciężko pracuje dla pana ziem, na których mieszka.
Jest jednak coś, co sprawia, że ludzie się jej boją i unikają, choć nic nigdy złego nie zrobiła.
Dziewczynie to jednak nie wadzi, żyje spokojnie, ciesząc się swoimi "darami", których nie ma nikt inny.
Wszystko jednak niszczy ludzka żąda i zawiść, a w jedna chwila wystarczy, by dotąd spokojny świat Jasnej legł w gruzach.
Co to było
I co się dzieje, gdy od tego wydarzenia mija 500 lat?
Jak potoczą się losy Jasnej i kogo spotka na swojej drodze?
I przede wszystkim: komu może ufać?
Odsyłam do książki!
Powiem Wam, że książka mnie zaskoczyła. Fakt, że przed przeczytaniem nie sprawdzałam zbytnio opisów, jednak bardzo szybko okazała się czymś innym, niż oczekiwałam.
I to w żadnym wypadku nie było coś złego!
To, co wyglądało bardzo niepozornie przerodziło się w dobrze przemyślaną historię, której bohaterowie mają niemal wszystkie odcienie szarości.
Przyznam się, że jedna z bohaterek była dla mnie irytująca. Momentami tak bardzo, aż miałam ochotę odłożyć książę (czy też tablet, jako, że czytałam e-book). Na jej szczęście w odpowiedniej chwili poszła po rozum do głowy!
Warto jednak było zacisnąć ciut zęby i wytrwać do końca.
Wizja świata i zaświatów, jaką zaprezentowała autorka jest przyjemnie spójna i bardzo do mnie przemawia.
Dodajmy do tego całą historia, jaką przedstawia, a która zdecydowanie rekompensuje wszystkie chwile ewentualnego wnerwienia na irytującą postać.
Również językowo jest bardzo dobrze. Historia napisana jest obrazowo i przyjemnie, czytelnikowi skutecznie udzielają się wszystkie emocje bohaterów.
Ja osobiście od samiutkiego początku pokochałam Jasną i byłam gotowa przywalić każdemu, kto był przeciwko niej.
Ah, nie mogę też zapomnieć o pewnym aniele! Jako żem Serafin, każdy z pierzastej braci jest mi bliski, a ten szczególnie mnie intryguje i mam szczerą nadzieję, że w kolejnych tomach się pojawi!
Podsumowując:
Jeśli macie ochotę na nieoczywistą i pełną żywych, choć nie zawsze żyjących postaci historię, zdecydowanie Wam "Wiedźmę" polecam!
Ja się absolutnie nie zawiodłam! I zdecydowanie czekam na kolejne części!
A może już czytaliście?
Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, co sądzicie w komentarzu!
I niezmiennie zapraszam Was na mój Instagram!
Do zobaczenia!
Nie jedna osoba polecała, zachęcała do przeczytania.
Więc gdy tylko zobaczyłam, że jest dostępna na Legimi, nie czekałam ani chwili dłużej.
A o co chodzi?
Przedstawiam: "Wiedźmę".
Ukazała się nakładem wydawnictwa Lira w lutym tego roku, jako pierwszy tom cyklu "Opowieści z Wieloświata".
Jasna to z pozoru prosta, cicha i uboga dziewczyna. Razem z rodzicami i starszą siostrą ciężko pracuje dla pana ziem, na których mieszka.
Jest jednak coś, co sprawia, że ludzie się jej boją i unikają, choć nic nigdy złego nie zrobiła.
Dziewczynie to jednak nie wadzi, żyje spokojnie, ciesząc się swoimi "darami", których nie ma nikt inny.
Wszystko jednak niszczy ludzka żąda i zawiść, a w jedna chwila wystarczy, by dotąd spokojny świat Jasnej legł w gruzach.
Co to było
I co się dzieje, gdy od tego wydarzenia mija 500 lat?
Jak potoczą się losy Jasnej i kogo spotka na swojej drodze?
I przede wszystkim: komu może ufać?
Odsyłam do książki!
Powiem Wam, że książka mnie zaskoczyła. Fakt, że przed przeczytaniem nie sprawdzałam zbytnio opisów, jednak bardzo szybko okazała się czymś innym, niż oczekiwałam.
I to w żadnym wypadku nie było coś złego!
To, co wyglądało bardzo niepozornie przerodziło się w dobrze przemyślaną historię, której bohaterowie mają niemal wszystkie odcienie szarości.
Przyznam się, że jedna z bohaterek była dla mnie irytująca. Momentami tak bardzo, aż miałam ochotę odłożyć książę (czy też tablet, jako, że czytałam e-book). Na jej szczęście w odpowiedniej chwili poszła po rozum do głowy!
Warto jednak było zacisnąć ciut zęby i wytrwać do końca.
Wizja świata i zaświatów, jaką zaprezentowała autorka jest przyjemnie spójna i bardzo do mnie przemawia.
Dodajmy do tego całą historia, jaką przedstawia, a która zdecydowanie rekompensuje wszystkie chwile ewentualnego wnerwienia na irytującą postać.
Również językowo jest bardzo dobrze. Historia napisana jest obrazowo i przyjemnie, czytelnikowi skutecznie udzielają się wszystkie emocje bohaterów.
Ja osobiście od samiutkiego początku pokochałam Jasną i byłam gotowa przywalić każdemu, kto był przeciwko niej.
Ah, nie mogę też zapomnieć o pewnym aniele! Jako żem Serafin, każdy z pierzastej braci jest mi bliski, a ten szczególnie mnie intryguje i mam szczerą nadzieję, że w kolejnych tomach się pojawi!
Podsumowując:
Jeśli macie ochotę na nieoczywistą i pełną żywych, choć nie zawsze żyjących postaci historię, zdecydowanie Wam "Wiedźmę" polecam!
Ja się absolutnie nie zawiodłam! I zdecydowanie czekam na kolejne części!
A może już czytaliście?
Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, co sądzicie w komentarzu!
I niezmiennie zapraszam Was na mój Instagram!
Do zobaczenia!
niedziela, 3 marca 2019
25. "Czarownice nie płoną" - J. Blackhurst
Z książką, o której dzisiaj chcę Wam opowiedzieć po raz pierwszy spotkałam na Instagramie, choć już zupełnie nie pamiętam u kogo (możliwe, że przewinęło się to na kilku kontach).
W każdym razie, tytuł dość mnie zaciekawił (no błagam, ktoś połączył czarownice i ogień! Dla mnie to już jest wystarczająca zachęta), jednak chyba miałam w tedy natłok innych rzeczy do czytania, więc ją odpuściłam.
Dopiero kiedy po jakimś czasie wpadła mi w oko podczas szybkiego wypadu po coś do jedzenia do Biedronki w przerwie od pracy, stwierdziłam: a, co mi tam!
Jednak jeszcze kilka dni minęło, nim zaczęłam ją czytać.
A o czym mowa?
Przedstawiam: "Czarownice nie płoną".
Ukazała się w Polsce w październiku nakładem wydawnictwa Albatros.
Akcja dzieje się jednocześnie z dwóch punktów widzenia.
Mamy Ellie, jedenastoletnią sierotę, która straciła swoją rodzinę w pożarze domu. Przenosi się do rodziny zastępczej w małym miasteczku o nazwie Lichota.
W tym samym czasie do owego miasta wraca po kilkunastu latach Imogen, młoda psycholog, której los również nie oszczędzał. Razem z mężem wprowadza się do odziedziczonego po zmarłej matce domu.
Czy kobieta poradzi sobie z duchami swojej przeszłości?
Czy uda jej się uniknąć już raz popełnionych błędów?
Kto stoi za całym złem, jakie spotyka Ellie?
Czy to faktycznie ona jest niebezpieczna?
Przekonajcie się sami!
Powiem Wam, że pierwszą połowę czytało mi się bardzo ciężko.
I nie, nie chodzi o to, że książka jest źle napisana, bynajmniej! Tylko treść, jaką ze sobą niesie jest tak naładowana emocjami, że momentami musiałam robić sobie przerwy.
Zwłaszcza, że sporo z nich bardzo dobrze sama znałam.
Naprawdę współczułam tej małej sierotce, której cały świat się zawalił, a ludzie zamiast jakoś jej pomóc to jeszcze wszystko pogarszali.
Później było tylko lepiej! Intrygi, mylne tropy, niejasności... oj czego tam nie było!
I zakończenie, które totalnie mnie rozbroiło. Już wtedy zupełnie nie wiedziałam, co mam myśleć i kto jest kim.
Autorka wodzi czytelnika za nos, podsuwając co rusz nowe spojrzenie na całą sprawę, a koniec końców i tak kończy się z wielkim "Ale o co chodzi?" w głowie.
Akcja toczy się ogólnie bardzo wartko, a Ellie niemal od razu zaskarbia sobie moją sympatię. To jest ten przypadek w książce, kiedy ma się wrażenie, że dzieci są mądrzejsze niż dorośli.
Ogólnie "Czarownice nie płoną" zostawia nas z niedosytem, ale takim przyjemnym.
Nie dłuży się, wciąga, a emocje bohaterów udzielają się niesamowicie!
Sądzę, że mogę polecić, choć domyślam się, że mimo wszystko nie każdemu może ta pozycja podejść.
Warto jednak spróbować i nie zrażać się!
A może już czytaliście "Czarownice nie płoną"? Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, co sądzicie!
I standardowo, zapraszam na mój Instagram!
Do zobaczenia!
W każdym razie, tytuł dość mnie zaciekawił (no błagam, ktoś połączył czarownice i ogień! Dla mnie to już jest wystarczająca zachęta), jednak chyba miałam w tedy natłok innych rzeczy do czytania, więc ją odpuściłam.
Dopiero kiedy po jakimś czasie wpadła mi w oko podczas szybkiego wypadu po coś do jedzenia do Biedronki w przerwie od pracy, stwierdziłam: a, co mi tam!
Jednak jeszcze kilka dni minęło, nim zaczęłam ją czytać.
A o czym mowa?
Przedstawiam: "Czarownice nie płoną".
Ukazała się w Polsce w październiku nakładem wydawnictwa Albatros.
Akcja dzieje się jednocześnie z dwóch punktów widzenia.
Mamy Ellie, jedenastoletnią sierotę, która straciła swoją rodzinę w pożarze domu. Przenosi się do rodziny zastępczej w małym miasteczku o nazwie Lichota.
W tym samym czasie do owego miasta wraca po kilkunastu latach Imogen, młoda psycholog, której los również nie oszczędzał. Razem z mężem wprowadza się do odziedziczonego po zmarłej matce domu.
Czy kobieta poradzi sobie z duchami swojej przeszłości?
Czy uda jej się uniknąć już raz popełnionych błędów?
Kto stoi za całym złem, jakie spotyka Ellie?
Czy to faktycznie ona jest niebezpieczna?
Przekonajcie się sami!
Powiem Wam, że pierwszą połowę czytało mi się bardzo ciężko.
I nie, nie chodzi o to, że książka jest źle napisana, bynajmniej! Tylko treść, jaką ze sobą niesie jest tak naładowana emocjami, że momentami musiałam robić sobie przerwy.
Zwłaszcza, że sporo z nich bardzo dobrze sama znałam.
Naprawdę współczułam tej małej sierotce, której cały świat się zawalił, a ludzie zamiast jakoś jej pomóc to jeszcze wszystko pogarszali.
Później było tylko lepiej! Intrygi, mylne tropy, niejasności... oj czego tam nie było!
I zakończenie, które totalnie mnie rozbroiło. Już wtedy zupełnie nie wiedziałam, co mam myśleć i kto jest kim.
Autorka wodzi czytelnika za nos, podsuwając co rusz nowe spojrzenie na całą sprawę, a koniec końców i tak kończy się z wielkim "Ale o co chodzi?" w głowie.
Akcja toczy się ogólnie bardzo wartko, a Ellie niemal od razu zaskarbia sobie moją sympatię. To jest ten przypadek w książce, kiedy ma się wrażenie, że dzieci są mądrzejsze niż dorośli.
Ogólnie "Czarownice nie płoną" zostawia nas z niedosytem, ale takim przyjemnym.
Nie dłuży się, wciąga, a emocje bohaterów udzielają się niesamowicie!
Sądzę, że mogę polecić, choć domyślam się, że mimo wszystko nie każdemu może ta pozycja podejść.
Warto jednak spróbować i nie zrażać się!
A może już czytaliście "Czarownice nie płoną"? Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, co sądzicie!
I standardowo, zapraszam na mój Instagram!
Do zobaczenia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















