Szukaj na tym blogu

sobota, 21 września 2019

36. Magia dla wytrwałych, czyli "Czarny Mag..." Rachel E. Carter

Ta seria pojawiła się już jakiś czas temu, widziałam recenzje zarówno pierwszej, jak i drugiej części na booktubie i booktagramie,

Jednak dopiero premiera części trzeciej (z powstałych czterech), która mała miejsce 18.09 dzięki wydawnictwu Uroboros popchnęła mnie do tego, by w końcu ją przeczytać.

Czy żałuję?
To za chwilę!

A o czym mówię?

Oto seria "Czarny Mag" Rachel E. Carter!








~ * * * ~


Pierwsze dwie części, czyli "Czarny Mag. Pierwszy Rok" oraz "Czarny Mag. Adeptka" opowiadają o przejściach głównej bohaterki - Ryiah - i jej brata oraz przyjaciół w Akademii Magii.

I bynajmniej, nie jest to ani Hogwart, ani Uniwerstyet Łysogórski...

Oba te tomy doprowadzają nas do wydarzeń z części "Carny Mag. Kandydatka".

Przygód Ryiah i Darrena ciąg dalszy, intryga ściele się gęsto (tak, intryga, ale i... ups, ciii!).



Bo przyznaję, z tomu na tom klimat powieści staje się poważniejszy, bardziej mroczny, cięższy. Bardzo wyraźnie widać, jak wraz z dorastaniem bohaterów (w pierwszej części są nastolatkami, w trzeciej mają po 20 lat) zmieniają się problemy, z jakimi muszą się mierzyć.

I właśnie, bohaterowie. Tu "Kandydatce", ale i całej serii trzeba oddać, że postaci są bardzo żywe. Wręcz idealnie nieidealne.
Popełniają błędy, mówią to, czego mówić nie powinni, działają czasem impulsywnie, żałując później swojego zachowania.

I tak, to momentami może irytować, jednak w ogólnym obrazie osobiście odczytuję to jako ogromny plus.


No i cały świat przedstawiony, to jak autorka rozwiązała używanie magii!
Ogromne ukłony, bo to było (przynajmniej dla mnie) coś nowego.
Nie mówiąc o politycznej intrydze, choć powinnam napisać, politycznych intrygach!

Tego ostatniego ja sama fanką nie jestem, jednak sam koncept bardzo doceniam, bo przyznam, że czytelnik może mieć z tym nie lada zagwozdkę i wiem, że będzie spora część, która tego w książkach szuka.

I oczywiście, że "Kandydatka", czy tez cała seria "Czarny Mag" nie jest wolna od szablonów, czy pewnych klisz, jednak są one w niej na tyle ciekawie i oryginalnie użyte, że wcale nie przeszkadzają.


Historia od początku wciąga, trzyma w napięciu, a czytelnik śledzi, co też się na następnej stronie wydarzy.
W jakie kłopoty wpakuje się główna bohaterka?

Seria wywołuje w czytelniku autentyczne emocje, które pozostają jeszcze długo po skończeniu książki, co również jest plusem!
Nie sposób jest łatwo wyrzucić "Czarnego Maga" z głowy, oj nie łatwo!

Nie mówię, że to seria idealna, bo wiadomo, zawsze znajdzie się coś, do czego będzie się można przyczepić.

Osobiście jednak sądzę, że to naprawdę dobra seria, a ostatnia część już szczególnie!

Czy czekam na tłumaczenie ostatniej części? W sumie, to owszem. Choć boję się tego, co w niej będzie, bo już spodziewam się jakie emocje we mnie wzbudzi, jednak ciekawa jestem jak autorka wybrnie z zaczętych wątków! 








A Wy, znacie już tą serię?
Dajcie koniecznie znać, czy tak, a może macie zamiar przeczytać?
Piszcie w komentarzach!



Zapraszam Was też jak zawsze serdecznie na mój Instagram, gdzie codziennie dzielę się z Wami nowinkami w Słownym Świecie!

Ściskam Was ogniście!

Do zobaczenia!












poniedziałek, 9 września 2019

35. Uważajcie, czego sobie życzycie, czyli "Skrzynia ofiarna" S. Martin

Przyznam się Wam, że ja nie bardzo lubię horrory, thrillery też nie są wśród moich ulubionych gatunków.

A jednak, pamiętacie że "Inkub" którego przeczytałam bardzo mi się spodobał.

Dlatego też, gdy zobaczyłam dzisiejszego bohatera w nowościach wydawnictwa YA, to nie myślałam wiele.

Stwierdziłam: biorę! Opis był zachęcający, więc czemu nie.

A mowa o:

"Skrzyni ofiarnej" Stewarta Martina.





Premiera książki 18.09.



Co bylibyście w stanie zrobić, by spełniło się Wasze pragnienie?
By zatrzymać przy sobie osoby dla Was drogie?

Dwa pokolenia, dwie czteroosobowe grupy przyjaciół.

Trzy zasady.

I jedna skrzynia, która zmieni życia bohaterów na dobre.


~ *** ~


Powiem Wam, że książka naprawdę mnie zaskoczyła. Jakoś nie zarejestrowałam, że to ma być osadzone w USA lat 80'
Zdecydowanie od pierwszych stron czuje się duszną atmosferę,  która nie mija właściwie do samego końca.

Książka bez wątpienia wciąga i bardzo ciężko się od niej oderwać!

Niewątpliwym plusem jest stopniowe odkrywanie całej intrygi, która kryje się za tytułową skrzynią ofiarną.
Sama ona wzbudza mega niepokój.

Osobiście nie raz podczas czytania wstrzymywałam oddech i byłam strasznie ciekawa, jak to się skończy!


W moim odczuciu autorowi naprawdę zgrabnie wyszło oddanie klimat czasów w jakich osadził akcję.

Bohaterowie może nie koniecznie wzbudzają naszą sympatię, jednak to też jest dość ciekawe, kibicować postaciom (bo w sumie się im, przynajmniej niektórym, kibicuje), które nie są do końca miłe.




Sądzę, że "Skrzynia ofiarna" spodoba się tym, którzy lubią w książkach napięcie i dreszczyk strachu!



No właśnie, jak to u Was jest? Lubicie się trochę pobać?


Dajcie znać w komentarzach!



Zaprasza Was też serdecznie na mój Instagram, gdzie codziennie dzielę się z Wami nowinkami w Słownym Świecie!

I co? Ściskam Was ogniście!

niedziela, 14 lipca 2019

34. "Gdzie diabeł mówi dobranoc. Księżyc jest pierwszym umarłym" - K. Bonowicz

Wiecie, co lubię najbardziej?

Ok, dobra, złe pytanie, bo można by wymieniać tu wiele, jednak sprecyzujmy: co lubię najbardziej w kwestii książek?

Gdy dostaję w łapki coś, po czym zupełnie nie wiem, czego się spodziewać (bo są bardzo różne opinie, bądź tych opinii nie znam), a zostaję przyjemnie zaskoczona.

Tak właśnie było ostatnio, kiedy to dość nieoczekiwanie weszłam w posiadanie pozycji, którą przeczytałam z niemałą przyjemnością i która podsyciła moją słowiańską "fazę".

A o czym mówię?
O "Gdzie diabeł mówi dobranoc. Księżyc jest pierwszym umarłym" Kariny Bonowicz.








Alicja, nastolatka z Warszawy, jedynaczka i córka lekarzy, na skutek tragicznych wydarzeń zmuszona jest pojechać do nieznanej sobie ciotki. Ciotki mieszkającej w niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu.
Gdy dziewczynie wydaje się, że samo to jest najgorszym, co ją w jej siedemnastoletnim życiu spotkało, los szykuje dla niej o wiele, wiele więcej.

Jak Alicja poradzi sobie ze wszystkimi nowościami, jakie spotka w Czarcisławiu?
Czy piątka nastolatków ze skłóconych rodzin będzie w stanie się jakoś dogadać?

I o co chodzi z tym diabłem?

Zajrzyjcie do "Gdzie diabeł mówi dobranoc"!



Słuchajcie, ta książka wpadła w moje łapki tak nieoczekiwanie, że sama dziwiłam się, jak to się stało?
Została mi przekazana przez znajomą, której ona się zupełnie nie podobała, a która zobaczyła mój komentarz, że chciałabym tą pozycję przeczytać.

Nie raz już Ewie za to dziękowałam!

Zaczynając czytać miałam sporo wątpliwości i obaw, bo bardzo szybko główna bohaterka zaczęła mnie denerwować.
I cóż, ten stan utrzymywał się przez większość książki, nie tylko w odniesieniu do Alicji. Serio, co rusz powracało do mnie pytanie: Jasności, czy ja jako nastolatka też byłam taka okropna?...

Jednak!

Słuchajcie, fabuła książki jest tak ciekawa i wciągająca, że bardzo szybko wybaczyłam jej tych bohaterów!
Swoją drogą, uznałam, że sposób w jaki autora wykreowała bohaterów zasługuje na podziw! Bo trzeba przyznać, że były sytuacje, gdzie bardzo przyjemnie zaskoczyła mnie racjonalność zachowań postaci.

Dosłownie pochłaniałam każdą stronę, klimat Czarcisławia wciągał mnie niesamowicie! Akcja poganiała akcję, niczego nie można było być pewnym.

Momentami naprawdę współczułam Alicji, bo to, co się wokół niej działo mogło doprowadzić do szaleństwa każdego.

Czy ja muszę jeszcze dodawać, jak przyjemny jest język autorki?


Dlatego naprawdę polecam tą pozycję każdemu, kto lubi fantastyczne, słowiańskie klimaty, nie zraża się irytującymi bohaterami i lubi nieoczywiste historie!

Ja czekam (nie) cierpliwie na kolejną część!


Dajcie znać, czy czytaliście, lub czy Was zachęciłam!


Zapraszam Was też standardowo na mój Instagram!

Ściskam Was!

niedziela, 30 czerwca 2019

33. Rozbudzony lokalny patriotyzm, czyli "Sub Rosa" Anny Jurewicz.

W ostatnim poście opowiadałam Wam o polskich autorkach, które bardzo cenię.

Dziś pozostajemy przy rodzimych twórcach, jednak tym razem będzie to niesamowity debiut. Debiut który zdobył moje serce tak, że niecierpliwie czekam na kolejne dwie części (potwierdzone info!).

I pomyśleć, że swojego czasu miałam wątpliwości, czy tą książkę zamawiać.
O ja niemądra.

A chcę Wam opowiedzieć o "Sub Rosie" Anny Jurewicz.







Młoda dziewczyna o wdzięcznym imieniu Róża wraca do Polski z samego Paryża, by odciąć się od bolesnej przeszłości.
I komuś może tu się zapalić czerwona lampka: Hej, czy Ty polecasz jakiś kiczowaty romans?

Oj nie, kochani. Bo Róża nie wraca do Polski by bezczynnie siedzieć.
Ona rozpoczyna studia!

I to nie byle gdzie, bo na magicznym Uniwersytecie Łysogórskim!
A co to dziewczę ma tam za przygody? I na kogo będzie mogła liczyć, gdy dziać się zacznie nieciekawie?
I co z tym wszystkim ma wspólnego słowiański (?) bóg?

A przeczytajcie, to się dowiecie!
Ja szczerze zachęcam!

~ * ~

Jak pewnie wiecie, a jak nie wiecie, to Wam właśnie powiem, czytając cykl "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk niezwykle mocno łapał mnie za serduszko fakt, że akcja powieści dzieje się w okolicy, gdzie żyję.

Bo umówmy się, kogo nie cieszy wynajdywanie w książce wzmianek o miejscach, które się zna?

Dlatego aż zapiszczałam z radości, kiedy przeczytałam pierwszy rozdział "Sub Rosy", który autorka udostępniła na swojej stronie. I to właśnie moment, gdy wreszcie zdecydowałam się przeczytać ten fragment sprawił, że kliknęłam na stronie "Zamów", choć już znacznie wcześniej Slavic Book tak mocno ją polecała.


W końcu jednak i ja dostałam "Sub Rosę" w swoje łapki. A jak już ją dostałam, to ostatnimi siłami woli dawkowałam sobie tą historię, żeby nie skończyć jej zbyt szybko.
Niby przyjemność była dłuższa, ale i tak gdy skończyłam czytać (gdzieś między godziną 22-23) niemal od razu napisałam do autorki z żądaniem kolejnej części (prawie żądaniem).

Mamy tam Łysogórski Uniwersytet Magiczny! Uniwersytet! Magiczny! Na Łysej Górze!
Już samo to brzmi jak spełnienie marzeń. Opisy przedmiotów sprawiały, że sama miałam ogromną ochotę się tam zapisać.

Plus bohaterowie, którzy choć czasami potrafią irytować (sama przyznałam, że Róży kilka razy miałam ochotę przyłożyć w łeb), to zdobywają nasze serca i czytelnik chce wiedzieć, co u nich dalej.

Poza tym, tą książkę się zwyczajnie połyka. Ona sama wchodzi do głowy, nawet się zbytnio nie trzeba wysilać. Jak na debiut, warsztat i język autorki są naprawdę dobre (a mówi to osoba, która uwielbia czepiać się konstrukcji zdań w opisach czy dialogach i ich ogólnego brzmienia. Tych zdań, znaczy).

No i na koniec: sama historia!
Historia, która wciąga i nie chce puścić (jak Róży... a przeczytajcie, to dowiecie się co!). Połączenie świetnego humoru, magii, szczypty romansu, no i tajemnicy!
A takiego poplątania, zwłaszcza na koniec, to się nie spodziewałam.






Dlatego rzeknę jedno: Czytajcie "Sub Rosę"!

Ja sama jestem niesamowicie ciekawa, co autorka szanowna wymyśliła na kolejne części i już wiem, że w chwili gdy dostanę informację, że już są do zamówienia, to pędzę lecę to zrobić!


A może już macie tą książkę za sobą? Koniecznie wtedy dajcie mi znać, jakie są Wasze odczucia!



I jak zawsze serdecznie zapraszam Was na mój Instagram!


Do zobaczenia!




sobota, 15 czerwca 2019

32. Dobre i polskie, czyli o rodzimych autorkach słów kilka.

Na samym początku jestem Wam winna przeprosiny.
Troszkę ten blog zaniedbałam, ale obiecuję poprawę!


Dlatego dzisiaj przychodzę do Was z postem nieco innym niż wcześniejsze. Zabieram Was na małą wycieczkę w głąb moich wspomnień.

Ale po co? Dlaczego?

Otóż, ostatnio poczułam ogromną chęć podzielenia się z Wami moim TOP polskich pisarek. Będą to autorki których przeczytałam już kilka pozycji, które cenię i za to, jak piszą, co piszą i jakimi są osobami.


Czemu jednak polskich i pisarek?


Bo to właśnie panie ostatnio wysunęły się w moich ulubieńcach na czołówkę, a uważam, że polskie pisarki są mimo swoich umiejętności za mało doceniane.


Będą cztery, a przedstawię je w takiej kolejności, w jakiej je poznawałam/pokochałam.

To co, jedziemy?
Zapraszam!


~ * ~

1. Maja Lidia Kossakowska:

Tą autorkę poznałam najwcześniej.

I nie skłamię, jeśli powiem, że jej książki pomogły mi przetrwać naprawdę kiepskie momenty w moim życiu.
Pokochałam ją i cykl anielski, ale nie zupełnie od pierwszego wejrzenia.

Czytając "Siewcę Wiatru" miałam 14-15 lat i choć owszem, bardzo mi się spodobał, jeszcze nie do końca pojmowałam jego wymowę.
Do tego musiałam dojrzeć.

Za to "Zbieracz Burz t. I", o! Tu już historia jest inna. Od pierwszej kartki książka omotała mnie i już nie byłam w stanie uwolnić się od rzuconego przez nią uroku. Postać Daimona Freya i Piołuna aż do teraz (czyli jakieś 10 lat, bo tyle minęło od kiedy ją przeczytałam) towarzyszy moim myślom i nie chce ich opuścić.
Gdy rok później wydano II tom "Zbieracza...", już byłam stracona. Kupowałam każdy kolejny tom i czytałam go z takimi samymi wypiekami na twarzy.

Wyobraźcie sobie więc mój stan emocjonalny, gdy w listopadzie zeszłego roku wydana została ostatnia część.
Tak. Były łzy, był smutek, ale i olbrzymia satysfakcja.

Spędziłam z tym cyklem i jego bohaterami około połowy mojego życia.
I przyznam się Wam, że uzmysłowiłam to sobie dopiero teraz, pisząc ten post. Połowa życia, dacie wiarę?

Powiecie: no dobrze, Serafin, wszystko fajnie. Ale właściwie dlaczego tak bardzo tą autorkę lubisz?

Już do tego przechodzę.

Spotkałam się z różnymi opiniami o stylu pisania Kossakowskiej, tak samo jak różne były oceny poszczególnych części tomów. Jednak co sprawiło, że zostałam "opętana" przez te anielskie książki, to klimat. Autorka potrafi nas przenieść w świat tak niesamowity, będący tak niezwykłą mozaiką różnych kultur i wierzeń, że czytelnik aż przeciera oczy ze zdumienia, że tak można.

Lekkość pióra pisarki, to jakich bohaterów stworzyła (kto mnie zna, wie, że na punkcie pana D mam swoistą schizę), to wszystko sprawia, że od tego cyklu trudno się oderwać. Przynajmniej ja tak miałam.

Poza tym, miałam okazję spotkać autorkę osobiście, a także wymienić z nią trochę maili. To tak ciepła, miła, a jednocześnie skromna osoba, że człowiek z czystej sympatii dla niej sięga po kolejne książki.

Bo Kossakowska to nie tylko cykl anielski, o nie! Ja osobiście czytałam jeszcze (poza dwoma zbiorami opowiadań do aniołów) cztery części "Upiora południa" (z tego co widziałam, Fabryka Słów zrobiła wznowienie i zebrała to w jedno, ja mam cztery osobne książki), dwa tomy "Zakonu Krańca świata" oraz zbiór opowiadań "Więzy Krwi", z którym organizowałam Book Tour.

Ponad to mamy jeszcze dwa tomy "Takeshiego" (niestety, tego nie zmogłam, ale to kwestia klimatu Japonii, który mi niezbyt odpowiadał), "Grillbar Galaktyka" (po który też jeszcze dopiero muszę sięgnąć) oraz "Ruda sfora" (niestety, też nie dałam rady) plus wystąpiła w kilku antologiach.

Ogólnie, mam do tej autorki prze ogromny sentyment, Daimon Frey na zawsze już pozostanie moją miłością i Aniołem Stróżem.
Dlatego serdecznie Was zachęcam, zapoznajcie się z Kossakowską, jej dorobek to pokaźny przekrój fantastyki i Sci-Fi, więc można coś dla siebie wybrać.


Polecam!




(Na zdjęciu brak trzech tomów "Bram Światłości", które są u kuzynki na wyporzyczeniu)



~ * ~

2. Marta Kisiel:


To druga rozciągnięta w czasie historia.

Pierwszą styczność z Martą Kisiel miałam około 5 lat temu przy okazji czytania "Nomen omen", które naprawdę mi się spodobało.

Później na dłuższy czas jakimś cudem o niej zapomniałam, choć teraz zachodzę w głowę: JAK?!

Choć ja wiem, jak. Wtedy jednocześnie studiowałam dziennie i pracowałam. To był czas, kiedy miałam mało, bardzo mało czasu na czytanie dla przyjemności i jeszcze mniej, by sprawdzać, co dana osoba jeszcze napisała.

Zwyczajnie autorka wypadła mi z głowy.

Dopiero w zeszłym roku, konkretnie z okazji moich dwudziestych siódmych urodzin nabyłam jej "Dożywocie" wraz z dodatkowym opowiadaniem "Szaławiła" oraz "Siłę niższą", choć teraz już nie do końca pamiętam jak sobie o Marcie Kisiel przypomniałam. Możliwe, że było to dzięki filmowi Czytacza ale ręki sobie uciąć nie dam.
Nie mniej, przeczytałam obie książki.

I co?
I przepadałam!

Pokochałam bezgranicznie słodkie i urocze Licho, Krakersa, Turu, nawet samego Konrada polubiłam.

Później we wrześniu 2018 roku zostało wydane "Małe Licho i tajemnica Niebożątka", a ja znów piałam z zachwytów, podobnie jak nad "Tonią" (kontynuacja "Nomen omen") i w następnym miesiącu nad zbiorem opowiadań "Pierwsze słowo" a w tym roku "Oczy uroczne" (właściwie bezpośrednio nawiązujące do "Szaławiły").

Poza tym można opowiadania autorki znaleźć w licznych antologiach, m. in. "Harda Horda" (serdecznie polecam!).

Marta Kisiel bawi się językiem tak zręcznie, że każda jej książka, każde opowiadanie jest jak wystawna uczta dla czytelnika.

To zręczne manewrowanie słowami, humor w takiej dawce, że brzuchy i szczęki Was ze śmiechu rozbolą, oraz absolutnie urzekający bohaterowie (Licho, Bożek, Bazyl, Oda! Mogłabym długo wymieniać) sprawiają, że nie chce się dzieł autorki odkładać.

Plus lekki styl autorki pozwala mknąć przez strony i nawet nie pomyśleć o hamulcach.

To są zdecydowanie książki do połknięcia w jeden dzień lub nawet popołudnie, zwłaszcza, że Marta Kisiel zamyka bogatą treść w stosunkowo niewielkiej ilości stron.

Poza tym, podobnie jak Kossakowska, Marta Kisiel to przemiła i niesamowicie sympatyczna osoba. Choć mamy za sobą tylko krótkie spotkanie na KTK to kontakt na Instagramie jest!

I liczę, że na tegorocznych targach w Krakowie też uda się z nią spotkać!


Zdecydowanie polecam!

PS. z lubimyczytać.pl dowiedziałam się, że ukaże się nowa cześć "Małego Licha", a widziałam też tytuł "Zombie Grey" planowane na końcówkę przyszłego roku. Czekam!





~ * ~

3. Aneta Jadowska:

Październik 2018.

Jadąc na Krakowskie Targi Książki wiedziałam, że jest taka autorka jak Aneta Jadowska, jednak jakoś nie zebrałam się, by cokolwiek jej przeczytać.

Na targach przechadzając się między stoiskami zobaczyłam, że mają promocję przy zakupie dwóch książek druga z rabatem. Zrobiłam szybkie rozeznanie, co mają i... chwilę później byłam już posiadaczką zbioru opowiadań "Dynia i Jemioła", który właśnie wtedy miał swoją premierą, a od którego zaczęła się moja przygoda z Jadowską.

O ile w przypadku Kossakowskiej i Kisiel szłam jak należy, chronologicznie, tak tu przyszłam można powiedzieć "na gotowe".

Nie żałuję jednak, że zaczęłam od "Dyni". Miałam tam okazję postać przekrój bohaterów i to pomogło mi zdecydować, o kim chcę czytać później.

Takim sposobem nabyłam dwutomowy cykl szamański o Witkacu (moja kolejna mega sympatia), którego przeczytałam część 2 a 1 jeszcze nie...

Później zakupiłam zbiór opowiadań "Ropuszki", a gdy go przeczytałam, doszłam do wniosku, że nie ma bata, muszę nadrobić cały cykl o Dorze Wilk.

I to było najzabawniejsze nadrabianie cyklu ever.

Najpierw (wiedząc, że nadchodzi premiera nowej części), wypożyczyłam z biblioteki trzy pierwsze tomy.
Dlaczego tylko trzy, skoro cykl ma ich sześć?
Po pierwsze, ktoś wtedy wypożyczył tom 5, więc nie było całości. Po drugie, ja wtedy brałam coś jeszcze a w mojej bibliotece wojewódzkiej można mieć jednocześnie wypożyczonych 5 pozycji (o ile nic się nie zmieniło).

Trzy pierwsze przeczytałam, byłam nimi zachwycona i jak wariatka cieszyłam się z odnajdywanych powiązaniań z "Ropuszkami", czy "Dynią".

Niestety, kolejnych trzech nijak wypożyczyć nie mogłam, bo tom 5 nadal u kogoś był. A w miejskich bibliotekach brak, tak samo jak na Legimi.

Wierzcie mi, byłam zdecydowana po prostu te trzy części kupić, jednak wyjazd, do którego się w tedy przygotowywałam skutecznie mi to uniemożliwił.

Jednocześnie niemal na Legimi pojawiła się owa nowinka, "Dzikie dziecko miłości", co mnie niejako uratowało, bo bookbox, który zamówiłam miał opóźnienie i gdyby nie Legimi nie byłabym w stanie przeczytać tej części przed czerwcem.

I tak, chronologię szag trafił, choć w tym momencie już zupełnie się nią nie przejmowałam. "DDM" przeczytałam, byłam nim zachwycona, choć wiedziałam, że co nieco mi umyka. A potem, gdy w końcu nadrobiłam te nieszczęsne trzy kolejne tomy cyklu, to już byłam w domu!

Dodajmy do tego, że Jadowska wystąpiła w kilku antologiach (m. in. wspomniana już "Harda Horda"), ma też na swoim koncie kryminał "Trup na plaży" (który mam jeszcze do przeczytania).

Napisała jeszcze cykl o Nikicie (ma on obecnie trzy tomy), którego nie tknęłam. Niestety, jakoś mnie ta dziewczyna nie przekonuje, ale kto wie, gdy zatęsknię za autorką możliwe, że w końcu przemogę się i do tego cyklu.

I znów powraca pytanie: dlaczego Aneta Jadowska?

Kochani, pamiętacie jak mówiłam, że Kossakowska mistrzowsko łączyła wierzenia i mitologie? Jadowska robi to samo, tylko z motywami fantastyki.
U niej będziecie mieli wszystko: anioły, diabły, demony, wilki (wilkołaki), wampiry, wiedźmy przeróżnych rodzajów, elfy i masę znanych fantastyce stworzeń. I to wszystko zmieszane, umiejscowione w alternatywnej Polsce, podane w niesamowicie kolorowej i obłędnie smakującej formie, doprawionej dużą dozą humoru.

Niech sam za siebie przemówi fakt, że ja czytałam książki mające około 500 stron w jeden dzień. Je się połyka. Autorka pisze lekko, dzięki czemu czytelnik wręcz płynie przez tekst. Dodatkowo historia wciąga tak mocno, że naprawdę musiałam się mocno wysilać, by przerwać czytanie.

No i bohaterowie. Dostajemy taki wachlarz charakterystycznych i nietuzinkowych postaci, że każdy może wybrać swojego ulubieńca, bądź ulubienicę (nawet nie będę próbowała wskazywać konkretnych imion). Albo kogoś, na kim będzie wieszał psy (no offence dla wilków).
Przy tym cudowne jest to, że autorka nie przesadza z mocami bohaterów, mimo że w pewnym momencie było o to łatwo.

Podobnie jak Kossakowską i Kisiel, udało mi się spotkać z Anetą Jadowską na żywo i po raz kolejny: to kobieta niezwykle serdeczna i ogromnym sercu!
Bardzo liczę, że jeszcze uda mi się z nią zobaczyć!

Polecam, nie zawiedziecie się!







~ * ~

4. Martyna Raduchowska:

I ostatnia już z autorek, o których chcę powiedzieć.

O Martynie Rauchowskiej usłyszałam dzięki Strefie Czytacza, który przedstawiał oba jej cykle. I znowu, troszkę czasu potrzebowałam, by w ogóle się za nią zabrać.

Wracamy do Krakowskich Targów Książki 2018.

Pamiętacie, kupiłam wtedy też pierwszą książkę Jadowskiej. Tak się składa, że Rdauchowskiej nabyłam dwie.

Pierwsza z nich, "Szamanka od umarlaków" czekała około miesiąca, nim po nią sięgnęłam.
I wtedy to się zaczęło!

Jest magia, suspens, jest zagadka i dziewczyna, która ma Pecha, dosłownie i w przenośni! Ale o tym już wam opowiadałam .

Po "Szamance..." dorwałam się do "Demona Luster", który tylko wzmógł mój apetyt. Oj, bo intryga ściele się tam gęsto!

I kurczę jest coś w glownej bohaterce takiego, że od samego początku ją polubiłam. Nie wszystkie decyzje i zachowania pochwalałam, ale Idę da się lubić!


W tym roku ma wyjść część trzecia, na którą bardzo czekam, zwłaszcza, że mój apetyt autorka zaostrzyła opowiadaniem w "Hardej Hordzie" (jakbyście zapomnieli - polecam!).

Bardzo dobre opinie zbiera też jej drugi cykl, "Łzy Mai" i "Spectrum". Niestety, choć styl autorki jest bardzo mi miły i przyjemny, to jak jak u Kossakowskiej z "Takeshim" - próbowałam, ale klimat nie mój.
Mogę oglądać filmy Sci-Fi, ale książki mi nie podchodzą.

Ale nigdy nie mów nigdy, możliwe, że kiedyś się przekonam, jak i do Nikity.

Niestety tej autorki osobiście poznać mi się nie udało, mam jednak wielką nadzieję, że na tegorocznych targach w Krakowie się to zmieni!


Po raz czwarty- polecam!





~ * ~

I to są polskie autorki, które mają szczególne miejsce w moim serduszku.

Ktoś może się dziwić że nie podałam tu chociażby Miszczuk, której książki też lubię, jednak w moim odczuciu warsztat pisarski wspomnianych wyżej autorek jest na mistrzowskim poziomie.

Myślałam jeszcze nad Martą Krajewską, która też bardzo dobrze pisze, jednak zabrakło mi tego czegoś, co pojawiło się w przypadku wymienionych wyżej pań.

Mogłabym tu jeszcze wymieniać zagraniczne jak Alice Broadway, której cykl mnie urzekł, o A G Howard, która oczarowała mnie swoją wizją Krainy Czarów, jednak zależało mi, jak wspomniałam, by pokazać, że polscy autorzy też są świetni!

Każdy zapytany o polskiego autora fantastyki wymieniłby Sapkowskiego, może Piekarę, czy Pilipiuka, Ćwieka albo Grzędowycza. I super!

A te damy, o których opowiedziałam zdecydowanie zasługują na swoje szczególne miejsce, bo są niezwykle utalentowanymi pisarkami i pozwolę sobie dodać - wspaniałymi kobietami.

Więc, drogie autorki, chylę czoła, macie we mnie fankę i bardzo czekam na Wasze kolejne książki!



Ok, a czy Wy znaliście te panie?

Dajcie znać, z którą z autorek, o których mówiłam już się zetknęliście, jakie mieliście odczucia?

Jestem bardzo ciekawa!

I oczywiście, wpadajcie na mój Instagram, oraz, ta da! Twitter!



Do zobaczenia!






poniedziałek, 6 maja 2019

31. Podróż do Wilczej Doliny Marty Krajewskiej

Muszę zacząć od wyznania.


Zupełnie wypadło mi z głowy, by opowiedzieć Wam tu o dwóch częściach słowiańskiego cyklu, który już  jakiś czas temu miałam okazję przeczytać.

Wyrzuty mam tym większe, że ten cykl jest naprawdę godny polecenia.

Jednak nic straconego, zaraz to nadrobię!


Zapraszam Was do Wilczej Doliny!












To dwie piękności od wydawnictwa Genius Creations z 2016 i 2017 roku.


Autorka funduje nam niesamowitą podróż do pozornie spokojniej, górskiej wioski w nienazwanym, pełnym słowiańskich wierzeń świecie.


Pozornie, bo wioska ta, nawiedzana przez różnego rodzaju stworzenia, potrzebuje obrońcy.

Co jednak zrobić, gdy opiekun ginie nie wyznaczając na dobrą sprawę swojego następcy?

Czy młoda, pełna przekory dziewczyna da sobie radę z nowymi, bez wątpienia trudnymi obowiązkami? 



Gorąco zachęcam do sprawdzenia w książkach! 




Seria oczarowała mnie w pierwszej kolejności niesamowicie dobrym i lekkim językiem, a zaraz później całą grupą świetnie wykreowanych bohaterów.

Mieszkańcy wioski są dokładnie tacy, jacy powinni być, prostoduszni i szczerzy.

A para głównych bohaterów?
Powiem Wam, że osobiście byłam nimi zachwycona! 

Co jednak było najlepsze, to emocje, jakie wzbudzali zarówno bohaterowie i relacje między nimi, a nade wszystko ich ewolucja na przestrzeni obu tomów. 


Spotkamy tu takich, których pokochamy, ale takich, ktorzy od samego początku będą nas irytować.


Nie można jednak umniejszyć roli misternie utkanych intryg, sekretów i półprawd.
Każdy kolejno ukazywany element rozjaśnia obraz i sprawia, że do końca nie jesteśmy pewni, czego się spodziewać.


Wieszajmy w to mitologię słowiańską, bogów oraz nadprzyrodzone stworzenia i mamy finalny produkt w postaci niesamowicie wciągającej historii.  

Wisienką na torcie jest pokazany przez autorkę obraz, jak ludzie cudownie mogą żyć w harmonii z naturą i jej rok rocznym cyklem. Osobiście, mnie momenty z opisami por roku i zmianami jakie w ich trakcie następują w życiu wioski działały niesamowicie uspokajająco.


I wybaczcie mi, muszę słowem wspomnieć o końcówce.
Mam po nim 99% pewności, że będzie trzeci tom!

Mnie to bardzo, bardzo cieszy!




A może odwiedziliście już Wilczą Dolinę?  

Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, jakie macie odczucia!

Niezmiennie zapraszam Was też na mój Instagram


Do zobaczenia!

środa, 10 kwietnia 2019

30. "Cienie Nowego Orleanu" M. Lewandowski

Zamawiając książkę, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, robiłam to niemalże całkiem w ciemno.


Wiedziałam jedynie, że napisał ją Maciej Lewandowski i to tyle informacji, jakie miałam o autorze. No i, że będzie to kryminał.
Oraz, że podoba mi się tytuł.

Dość skąpa wiedza.

I co?

A zaraz Wam opowiem, bo jest o czym!

Poznajcie: "Cienie Nowego Orleanu".







Ameryka lat 20' minionego wieku. Czasy prohibicji i wciąż dogasającej segregacji rasowej.

Porucznik Legrasse z policji Nowego Orleanu podczas jednej z akcji trafia na coś, co budzi uśpione od dawna demony.

I to nie tylko te w głowie policjanta, ale i w rzeczywistości.

Mimo licznych sugestii oraz ostrzeżeń Legrasse nie ma jednak zamiaru odpuścić, zdeterminowany, by tym razem do końca rozwikłać ciążącą mu tajemnicę.

Co ostatecznie odkryje Legrasse?
Czy prawda będzie warta ceny, jaką przyjdzie mu zapłacić?

Koniecznie sprawdźcie sami w książce!



Pamiętacie, na początku mówiłam, że ta pozycja była dla mnie niewiadomą.


Jak się okazało, mój instynkt nie zawiódł!

Od pierwszych stron jesteśmy wyciągnięci w wir wydarzeń.
Duszny, kolorowy, pełen kontrastów Nowy Orlean wchłania czytelnika i nie chce wypuścić ze swoich objęć.

Towarzyszymy Legrassowi w różnych parszywych miejscach, razem z nim doświadczamy strachu, bólu i poznajemy to, co dla racjonalnego umysłu jest nie do pojęcia.

Czytelnikowi udzielają się wszystkie emocje bohatera zwłaszcza, że sam Legrasse wzbudza sympatię.
Osobiście bardzo mu kibicowałam i do samego końca trzymałam kciuki, by nic mu się nie stało, co wcale nie było takie oczywiste.

A skoro już o tym mowa:
Paleta postaci jest tak niesamowicie barwna! A co najważniejsze, to postacie żywe, których losy wywołują w czytelniku autentyczne emocje.


Czytając "Cienie Nowego Orleanu" ja osobiście miałam przyjemne skojarzenie z jedną częścią cyklu "Upiór południa" Mai Lidii Kossakowskiej, co zdecydowanie jest plusem.

Podsumowując:
Historia napisana bardzo dobrze, lekkim, obrazowym językiem, z opisami, które nie raz wywołają ciarki na plecach.

Zdecydowanie wciąga i dostarcza mnóstwo rozrywki.

Fabuła jest nieoczywista, teoretycznie mamy podanego antagonistę, ale... no właśnie.
Zakończenie wprawia mocno w zaskoczenie.

Zdecydowanie pozycję polecam!



Czytaliście już "Cienie"?

Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, jakie macie odczucia!

Niezmiennie zapraszam Was też na mój Instagram


Do zobaczenia!